Pani Ktoś - Panna Nikt
Pani Ktoś - Panna Nikt bloguje. Chowaj się kto może :)
środa, 21 grudnia 2011
relacja z drogi
Podróż do rodziców na święta:
Amsterdamie przybywam, Kiepurą.
Jest 03:46. Jadę właśnie pociągiem do Amsterdamu. Podróż z przygodami. Najpierw jakiś pijany koleś zaczepiał mnie pytając „co to?” paluchem bezczelnie wytykając mojego laptopa. Usiadł sobie jednak szybko na swoim miejscu, przespał się, przetrzeźwiał i wysiadł w Poznaniu. Kolejne kilka godzin upłynęło całkiem spokojnie w towarzystwie programu pana Wojewódzkiego. W Berlinie jednak sielanka się skończyła. Władował się do pociągu niesamowicie dziwny i zarazem przerażający człowiek. Jak na złość usadowił się na sąsiednich siedzeniach (ja to zawsze mam szczęście). Cały czas gadał namiętnie sam do siebie, wymachiwał łapami i gapił się dookoła z jakimś nieopisanym szaleństwem w oczach. Myślałam, że jak tylko spojrzę w jego stronę, rzuci się na mnie jak dzikie zwierze i zacznie rozszarpywać swoimi brudnymi pazurami. Tak, wyglądem też nie grzeszył. Wiek: ok 30 lat. Przeżółkła skóra, cała w plamach, po której ciężko się było domyśleć czy jest naturalnego koloru, czy człowiek ten po prostu cierpiał na jakąś przypadłość (i tu stawiam na to drugie). Ubrany w cienkie spodnie, ciemne, dresowe, niebieską wiosenną kurtkę z ortalionu i brązowe sandałki założone na bose stopy. Na oczy co chwila zakładał opaskę do spania, dokładnie taką jaką się widuje w amerykańskich filmach. Posiadał też znacznych rozmiarów plecak w kolorze moro. Był brudny i śmierdzący. Kiedy rozłożył się na fotelu i zdjął te nieszczęsne obuwie, widać było brudne, żółte stopy z ogromną grzybicą. Widząc takiego człowieka myśli się, że to jakiś psychicznie chory bezdomny. Miał jednak przy sobie bilet i sporą ilość gotówki. Widziałam jak płacił za coś konduktorowi, ale ciężko zrozumieć za co, skoro obaj posługiwali się językiem niemieckim, o którym pojęcia nie mam. Może więc człowiek ten uciekł z jakiegoś zakładu dla obłąkanych, okradł kogoś i teraz od lata błąka się po europie, albo przynajmniej po Niemczech? Nie wiem. Wiem natomiast, że zasnął w pewnym momencie i niesamowicie chrapał, dusząc się co chwilę i krzycząc z tego powodu. Obudził się podczas godzinnego (!) postoju w Hannover i opuścił nasz wagon. Modlę się teraz tylko by już nie wrócił. Może wysiadł na dworcu, a może po prostu znalazł sobie nowe miejsce. Nie ważne, liczy się to, że nie ma go tu i podróż znów płynie spokojnie.
Niebywałą zaletą podróży jest fakt, że mam dookoła siebie całkiem sporo ludzi. Co prawda większość teraz to Niemcy, których spora grupa dosiadła się w Berlinie, ale przynajmniej czuję się bezpieczniej w tej mojej pierwszej, samotnej podróży do obcego kraju. Drugą zaletą jest gniazdko koło siedzenia, które udostępnia, z niewielkimi przerwami, dopływ prądu 220V do mojego laptopa. WiFi nie ma, kontakt ze światem skończył się więc na granicy, ale mimo to mogę chociaż wylać myśli tutaj. Później zapewne wrzucę tę relację na bloga, niech każdy wie, jakie ja tu cierpienie przeżywam.
Mój M. dał mi jakąś bajerancką kartę WiFi czy coś tam. Ma to w każdym razie pomóc mi w złapaniu kontaktu z Polszą. Jak się uda, to będę miała chwilę ucieczki od krojenia sałatek i odkurzania.
04.11. Jak ten czas wolno płynie. Najgorsze jest to, że nie spałam w ogóle. Najpierw mi się nie chciało, potem bałam się zasnąć, kiedy ten straszny człowiek był tuż obok, a teraz nie pozwala mi zasnąć paranoiczny strach przed tym, że wróci. Cóż… Jak wszyscy wielcy, wyśpię się po śmierci ;)
Palenie. To kolejna kwestia o której zapomnieć nie jestem w stanie. Od rozpoczęcia podróży o 18.41 spaliłam 3 fajki. Masakra. Tu nigdzie nie można palić więc jedynym wyjściem jest toaleta. Jak poszłam na pierwszego papierosa, nawet otworzyłam sobie okno, żeby potem nie waliło w tym wychodku fajkami. Później męczyłam się całe wieki by je zamknąć, więc już od następnego wyjścia stwierdziłam, że pierdolę i robię komorę gazową. Nie chodzę jednak zbyt często. Ludzie tu śpią (a „automatyczne” drzwi trzeszczą tak, że mogłyby trupa na nogi postawić. No i jeszcze odkąd nie ma z nami polskich konduktorów, a niemieccy jedyne co po angielsku rozumieją to „ticket”, jakoś wolę się nie narażać. Poza tym biegają jak kot z pęcherzem, zupełnie jakby się ten Janek miał zapalić za chwilę. W takich chwilach cieszę się, że nie rozumiem co oni tam do siebie mówią i czemu Ci Niemcy tak dziwnie się przyglądają na tych konduktorów. Przynajmniej moja podróż jest przyjemna i niczym nie zakłócona (już), a jak ma się Janek spalić, to moja panika i tak nic nie pomoże.
Dziwny człowiek nie wraca, mimo, że minęła już chyba z godzina od jego nagłego wyjścia. Jest szansa, że nie wróci.
Boże. Minęło mnie właśnie czysto aryjskie dziecko. Chłopiec z gładką, jasną twarzą, szlachetnymi rysami i jasnymi blond włosami. Cudowny młodzieniec. Chyba zaczynam rozumieć ten zachwyt nad niemieckimi panami. Mimo, że blondynów nie lubię, to jednak Ci Niemcy coś w sobie mają ;)
04.23. Gdyby było lato już byłoby widno. Popatrzyłabym się przez okno i pooglądała piękne widoki. Teraz jednak nie mam szans. Na zewnątrz ciemno. W środku całą noc zapalone białe, jaskrawe światła, które tylko od czasu do czasu na chwilkę gasną. Ech.
Lecę coś zjeść. I bolą mnie kolana.
środa, 30 listopada 2011
Dawno nic tu nie pisałam, choć w sumie działo (i nadal dzieje) się w życiu dużo. Nie czułam jednak jakoś potrzeby pisania. Dziś czuję. Czuję też, że jakoś wszystko w niesamowitym tempie wypada z moich rąk, ucieka między palcami. Ucieka mi zwłaszcza to na czym mi najmocniej zależy. Tak to już chyba jest. Traci się to co chciałoby się zachować jak najdłużej. A może po prostu utraty takie się bardziej dostrzega?
Nie straciłam jeszcze nic. Jeszcze. Bo dziwnie mnie w kościach łamie, że idę w niewłaściwym kierunku.
Zastanawiam się czy oczekuję zbyt wiele od życia, od rzeczy istotnych, czy tylko najzwyczajniej w świecie staram się zgarnąć całą rękę zamiast cieszyć się palcem.
Gdzie popełniam błędy? Gdzie mi się nogi plączą?
Czasem aż chce się zacytować znany ostatnio "serial" jednej z telewizji, krzyknąć na głos "Dlaczego Ja?". Szkoda, że nie mam wyreżyserowanego scenariusza życia i po serii płytkich tekstów i taniej gry aktorskiej wszystko skończy się happy endem. Jak się skończy i kiedy, tego nie wiem. Mam nadzieję, że będzie trwać i trwać. Boję się jednak, że moje nadzieje spalą się równie szybko jak ta fajka. Czemu, kurwa, czemu?
Zawsze jak jest zajebiście to muszę sobie uświadomić, że zajebiście wcale nie jest. Gdyby było, nie czułabym się tak jak teraz. No cholera jasna. Wszystko dziś mnie gryzie, wszystkiego mam dość. Nikt nie zapyta nawet jak ja się czuję. Czy jest mi dobrze. W ogóle przecież jest. W szczególe coraz rzadziej. A czy diabeł nie siedzi przypadkiem w szczegółach i czy przypadkiem szczegóły, te z diabłem, nie są składową ogółu? I do tego piekło dobrymi chęciami wybrukowane. Ja mam zawsze dobre chęci. W rezultacie buduję wokół siebie małe piekło. I piecze. Wszystko dookoła.
Nie mówię zazwyczaj o tym co mnie boli gdzieś tam w środku. Zazwyczaj nie mówię o tym wcale, nikomu. Każdy ma swoje problemy, czas zapchany po brzegi sprawami ważnymi. Po jaką cholerę dowalać komuś swoje smutki, żale i boleści? I na koniec: co to kogo obchodzi? Że mały rudełek siedzi sam w pustym domu, że łzy co dzień wylewa litrami, że nie ma ochoty na jedzenie, że spać nie może, że podnieść rano z łóżka też się nie może, że chciałby żyć normalnie, mieć energię do działania, chociażby do wychodzenia z domu.
Żyję ostatnio od weekendu do weekendu. Bo w weekend zawsze znajdzie się ktoś, kto zabawi, rozbawi i odciągnie od myślenia o codzienności. Weekendy te znów żyją od Warszawy do Warszawy. Wtedy naładuję się energią i ciągnę jakoś tydzień. Ale energia słabnie z dnia na dzień i znów nastają szarości życia.
Może sama nie chcę się sobie przyznać, że to najwyższa pora udać się do specjalisty od problemów po pigułki na szczęście? Zanim zbuduję w okół siebie mur tak wysoki, że sama nie będę umiała się na niego wspiąć... Zanim oddzielę od siebie wszystko co jest ważne, wszystko co potrafi mnie nawet na chwilę uszczęśliwić. Nie mam siły już budować pozorów radości z każdego dnia. Nie pamiętam kiedy ostatni raz obudziłam się rano i byłam z tego powodu szczęśliwa, kiedy ostatni raz cieszyłam się nowym dniem?
Za to doskonale pamiętam każde "znoooowu" o poranku. I tak dzień w dzień.
Domagam się szczęścia, bo jest mi niezmiernie ciężko.
2-3 kawy
3-4 kanapki
10-15 fajek
tak wygląda mój dzień
czwartek, 13 października 2011
Jesiennie
Przyszła jesień. Na jesień zawsze jakoś tak smutno się robi...
Mam więc ochotę skulić się gdzieś w kącie z lampką wina i cicho płakać.
Nie mam wina.
Zostaje tylko kawałek zimnej ściany, trochę spokojnej muzyki, trochę łez, trochę żalu, trochę siebie...
Nie mam już sił walczyć ze sobą i całym światem. Nie mam siły chodzić ciągle z podniesioną głową. Za dużo rzeczy się dzieje, za dużo obowiązków się nawarstwia.
Dziś chyba nie wytrzymałam z tym co mnie otacza, z problemami, z tęsknotą, a także ze sobą.
Płakałam jak dziecko, krzyczałam z całych sił... później upadłam i leżałam głośno łapiąc oddech.
Nie umiem być wiecznie twarda. Nie zawsze potrafię zaciskać zęby i uśmiechać się. I nie umiem dobierać słów. Tak. Nie umiem.
Mam więc ochotę skulić się gdzieś w kącie z lampką wina i cicho płakać.
Nie mam wina.
Zostaje tylko kawałek zimnej ściany, trochę spokojnej muzyki, trochę łez, trochę żalu, trochę siebie...
Nie mam już sił walczyć ze sobą i całym światem. Nie mam siły chodzić ciągle z podniesioną głową. Za dużo rzeczy się dzieje, za dużo obowiązków się nawarstwia.
Dziś chyba nie wytrzymałam z tym co mnie otacza, z problemami, z tęsknotą, a także ze sobą.
Płakałam jak dziecko, krzyczałam z całych sił... później upadłam i leżałam głośno łapiąc oddech.
Nie umiem być wiecznie twarda. Nie zawsze potrafię zaciskać zęby i uśmiechać się. I nie umiem dobierać słów. Tak. Nie umiem.
sobota, 8 października 2011
lot na skrzydle bumerangu
Kiedyś byliśmy piękni, młodzi i beztroscy. Teraz może i jesteśmy piękni, nadal młodzi, tylko ta beztroska ulotniła się jak dym z wczorajszej fajki. Nie podoba mi się to jak jest zaprogramowany świat. Nie lubię być zmuszona do podejmowania decyzji o swoim życiu, kiedy nie jestem na to gotowa. Nie lubię martwić się o sprawy, o które powinnam być spokojna. Na wszystko przyjdzie czas. Pojawia mi się jednak pytanie dość zasadnicze: dlaczego jedni mają tego czasu więcej, a inni mniej. Co się za tym ciągnie: dlaczego należę do grupy, która czasu ma mniej.
Jestem za młoda, za słaba by ogarnąć wszystko to co mnie otacza. Powtarzam to po raz kolejny, wiem, ale nie lubię pustego domu.
Wczoraj było ciekawie. Wczorajszy wieczór, może nie należał do najlepszych w moim życiu, ale na pewno nie był nudny. Dostałam pewną lekcję. Może to była lekcja zarządzania, a może to była lekcja życia. Muszę przeanalizować kilka kwestii i nauczyć się myśleć tak jak mi doradzano. Będę się bardzo starać i zobaczymy czy faktycznie przyniesie mi to "sukces".
Muszę też zmienić trochę podejście do życia, myśleć inaczej, patrzeć pod innym kątem. Wnieść w życie pozytywną energię. Czy to oznacza,że mimo marudzenia na początku postu na końcu zrobię swoisty krok w bok? Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. I nikt nie broni mi się przesiąść.
Cholernie chaotyczne. Takie mam dziś myśli.
Muszę wyciągnąć kartkę i długopis. Zapisać sobie kilka cennych rad i uwag oraz zaplanować jak wprowadzić je w życie. Jeśli mi się to uda i zechcę, to się tym niebawem podzielę.
Jestem za młoda, za słaba by ogarnąć wszystko to co mnie otacza. Powtarzam to po raz kolejny, wiem, ale nie lubię pustego domu.
Wczoraj było ciekawie. Wczorajszy wieczór, może nie należał do najlepszych w moim życiu, ale na pewno nie był nudny. Dostałam pewną lekcję. Może to była lekcja zarządzania, a może to była lekcja życia. Muszę przeanalizować kilka kwestii i nauczyć się myśleć tak jak mi doradzano. Będę się bardzo starać i zobaczymy czy faktycznie przyniesie mi to "sukces".
Muszę też zmienić trochę podejście do życia, myśleć inaczej, patrzeć pod innym kątem. Wnieść w życie pozytywną energię. Czy to oznacza,że mimo marudzenia na początku postu na końcu zrobię swoisty krok w bok? Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. I nikt nie broni mi się przesiąść.
Cholernie chaotyczne. Takie mam dziś myśli.
Muszę wyciągnąć kartkę i długopis. Zapisać sobie kilka cennych rad i uwag oraz zaplanować jak wprowadzić je w życie. Jeśli mi się to uda i zechcę, to się tym niebawem podzielę.
środa, 31 sierpnia 2011
na kłopoty - Monika
Zdałam sobie dziś sprawę, że jestem rodzinną książką kucharską, niańką, korepetytorką, makijażystką, fotografem, a nawet "specem" od komputerów. Na kłopoty - Monika.
Wymyśl panna danie na komunię, chrzciny, święta - bo robisz ciekawe potrawy. Pobaw dzieci- jak trzeba, naucz dzieci - jak trzeba. Na imprezę - zrób makijaż, na imprezie- zrób zdjęcia, a jak komputer nie działa to przyjdź i zrób by działał. Żebym na czymś z powyższych się jeszcze znała...
Moja rodzina pokłada we mnie naprawdę wielkie nadzieje. A ja przepisy mam z neta, dzieci są już duże i same się niańczą, nauczyć umiem jak każdy. Bo to podstawówka jeszcze. Makijaż ciotce na imprezę zrobię taki, że nałożę cień na powieki, kredką obrysuję, rzęsy tuszem pociągnę. Zdjęcia do rodzinnego albumu zrobi każdy debil, a jak jest problem ze sprzętem elektronicznym to dzwonię do Informatyka i pytam co zrobić. Sama często nie rozumiem co do mnie mówi i pytać muszę 10 razy. Moja rodzina jednak pokłada we mnie wielkie nadzieje. Zostanę rodzinną encyklopedią. A co.
Wymyśl panna danie na komunię, chrzciny, święta - bo robisz ciekawe potrawy. Pobaw dzieci- jak trzeba, naucz dzieci - jak trzeba. Na imprezę - zrób makijaż, na imprezie- zrób zdjęcia, a jak komputer nie działa to przyjdź i zrób by działał. Żebym na czymś z powyższych się jeszcze znała...
Moja rodzina pokłada we mnie naprawdę wielkie nadzieje. A ja przepisy mam z neta, dzieci są już duże i same się niańczą, nauczyć umiem jak każdy. Bo to podstawówka jeszcze. Makijaż ciotce na imprezę zrobię taki, że nałożę cień na powieki, kredką obrysuję, rzęsy tuszem pociągnę. Zdjęcia do rodzinnego albumu zrobi każdy debil, a jak jest problem ze sprzętem elektronicznym to dzwonię do Informatyka i pytam co zrobić. Sama często nie rozumiem co do mnie mówi i pytać muszę 10 razy. Moja rodzina jednak pokłada we mnie wielkie nadzieje. Zostanę rodzinną encyklopedią. A co.
niedziela, 28 sierpnia 2011
...
Dziś jest taki dzień, że wszystkiego mam dość, wszystko traci sens i wszystko jest o dupę potłuc. Łącznie ze mną. Siebie też nienawidzę. Czuję taki swoisty brak gruntu pod nogami. Mam ochotę wyjść z domu i powiedzieć światu: pierdolę, niech się dzieje co chce. To wychodzenie z domu, ucieczka od problemów, od pustych ścian, od samej siebie chyba wejdzie mi w krew. Zadomowi się. I może mnie po drodze szlag trafić. 50 razy. Strata będzie nikła.
wtorek, 16 sierpnia 2011
zabawna sytuacja
Przypomniała mi się przed chwilą zabawna sytuacja, której miałam zaszczyt być dziś świadkiem. Wracałam z gościny od ciotki. Spacerkiem przez "miasto", bo rzadko zdarza mi się ostatnio chodzić ulicami własnej mieściny. To sobie pooglądałam.
Przede mną pół drogi spacerował też pewien pan. Taki pijaczek. Żwawym slalomem pokonywał kolejne metry, co chwilę zatrzymując się i zastanawiając się (chyba) nad otaczającą go rzeczywistością. Ewidentnie był w innym świecie. Najlepsze było jednak, gdy zatrzymał się przy drzewie i zaczął ostro dyskutować. Zwolniłam kroku, bo zabawnie to wyglądało, ciekawa byłam czy zaczną się bić ;) Ten Pan Pijaczek uznał chyba, że spotkał starego znajomego. "Słuchaj koleżko! Tyle lat się nie widzieliśmy, a Ty teraz stoisz jak ten dąb i się słowem nie odezwiesz!" Miał pretensję na całego! W końcu chyba uznał, że nie ma sensu ciągnąć swych wypowiedzi, bo jak grochem o ścianę. Ruszył dalej wymachując nerwowo rękami. Kilka ciężko pokonanych metrów dalej był sklep z witryną. Na witrynie bielizna. Tzn nóżki. Takie wiecie, nóżki od manekinów, a na nóżkach pończoszki, kabaretki, białe, czarne. Pan Pijaczek tu już z niekrytym oburzeniem popatrzył i wrzasnął: droga Pani! Ja to mogę być pijany, ale żeby Pani tak tymi nogami... przez okno w biały dzień... chłopy patrzą... - "pani" się nie chowała, więc kontynuował mocno gestykulując - no mówię do Pani! No głucha zdzira! Policję! Milicję na nią!
Tak się zdarzyło, że policja-milicja była za rogiem. To przyszli. Ale już nie udało się dopatrzeć dalej. Głupio stać na środku chodnika i śmiać się z Pana Pijaczka. Na oczach stróżów porządku ;)
Aloha!
Przede mną pół drogi spacerował też pewien pan. Taki pijaczek. Żwawym slalomem pokonywał kolejne metry, co chwilę zatrzymując się i zastanawiając się (chyba) nad otaczającą go rzeczywistością. Ewidentnie był w innym świecie. Najlepsze było jednak, gdy zatrzymał się przy drzewie i zaczął ostro dyskutować. Zwolniłam kroku, bo zabawnie to wyglądało, ciekawa byłam czy zaczną się bić ;) Ten Pan Pijaczek uznał chyba, że spotkał starego znajomego. "Słuchaj koleżko! Tyle lat się nie widzieliśmy, a Ty teraz stoisz jak ten dąb i się słowem nie odezwiesz!" Miał pretensję na całego! W końcu chyba uznał, że nie ma sensu ciągnąć swych wypowiedzi, bo jak grochem o ścianę. Ruszył dalej wymachując nerwowo rękami. Kilka ciężko pokonanych metrów dalej był sklep z witryną. Na witrynie bielizna. Tzn nóżki. Takie wiecie, nóżki od manekinów, a na nóżkach pończoszki, kabaretki, białe, czarne. Pan Pijaczek tu już z niekrytym oburzeniem popatrzył i wrzasnął: droga Pani! Ja to mogę być pijany, ale żeby Pani tak tymi nogami... przez okno w biały dzień... chłopy patrzą... - "pani" się nie chowała, więc kontynuował mocno gestykulując - no mówię do Pani! No głucha zdzira! Policję! Milicję na nią!
Tak się zdarzyło, że policja-milicja była za rogiem. To przyszli. Ale już nie udało się dopatrzeć dalej. Głupio stać na środku chodnika i śmiać się z Pana Pijaczka. Na oczach stróżów porządku ;)
Aloha!
czwartek, 11 sierpnia 2011
"pójdę boso - mój nerwosol"
Wróciłam z Warszawy i tak sobie pomyślałam, że skoro mam już własną, wygodną klawiaturę to mogę coś tu napisać.
W Warszawie było spoko. Zawsze jest spoko. Teraz było jednak bardziej spoko.
Przyjechaliśmy z chłopem mym w sobotę jakąś poprzednią niż ostatnia, po czasochłonnym kupowaniu gajerka na wesele i po czasochłonnej podróży. W sumie byliśmy oboje wyczerpani tym dniem (pobudka w sobotę o 7 rano jest istną tragedią), zakupami (nawet ja tyle nie siedzę w jednym sklepie) i podróżą. Potem leniwa niedziela. Ach cudowna to była niedziela. Rude cały dzień biegało w pidżamce i nikt nie zwlekał na siłę z łóżka. Kiedy Informatyk pracował, ja rude wlepiało się w książkę i tak w sumie miną dzień. Poniedziałek był dla mnie swoistym przedłużeniem weekendu. Informatyk musiał natomiast iść i zarabiać pieniążki (żebym potem miała co z ciężkim sercem wydawać ;) <- taki żarcik). Od wtorku do czwartku gościliśmy odwiedzających nas (Buniek i Ola). Po południu spotkałam się z moją dawną miłością (tą relacji Lublin-Koło). Samo spotkanie przebiegło bezproblemowo i miło. Pogadaliśmy jak starzy kumple przy piwie i każde ruszyło w swoją stronę (chwilowo była to ta sama strona i dzięki temu rude poznało nową drogę do domu). Kupiłam też moje ukochane perfumy bo jak się okazało koło naszej mety był sklep Yves Rocher z moją Werbeną na stanie. Potem już tylko leżałam i pachniałam. W piątek dowiedziałam się, że... i tu zaczęła się ostra jazda.
Piątek. Wstaję około 10.00 z potwornym uczuciem zimna, bolącą głową i kaszlem. Pięknie. Przeziębienie. Położyłam się wiec do łóżka, przykryłam kołdrą i zaczęłam czytać książkę. Zasnęłam. Nagle, niespodziewanie dzwoni mi telefon. Otwieram leniwie jedno oko, drugie... "Marcyś :)", aha. Jak chłop dzwoni w piątek z pracy to albo się zajebiście nudzi, albo zostanie dłużej. Odbieram. Na moje zaspane "słucham" słyszę jakiś nieokrzesany, niezrozumiały i nielogiczny bełkot. Coś typu: to nie Marek, ale co słychać, bardziej: "Cześć, tu Twój ulubiony kolega z Warszawy. Jedziesz jutro do Krakowa?" WTF?! Patrzę jeszcze raz na telefon z nadzieją, że może mi się śniło, że to dzwoni mój własny prywatny chłop, a może nadal mi się śni, że ten telefon w ogóle dzwoni i jak debilka siedzę i słucham ciszy w eterze. Ale nie. Faktycznie połączenie jest i to nawet z własnym chłopem. Tyle, że w całej bajce brakuje chłopa. Pytam się więc podejrzliwie, tak bardzo podejrzliwie jak da się w minutę po przebudzeniu: coooo? I słyszę: "no to jedziesz jutro do Krakowa?". Poznałam po niewyraźnej mowie i defekcie literki "R", że to 'Marcysia' kolega z pracy. Po chwili wytłumaczono mi, że ta banda debili siedziała w robocie i stwierdziła, że weekend w Warszawie ma być koszmarny pogodowo, więc pojadą do Krakowa bo tam ma być słońce. No bomba. Opierałam się na początku, ale w gruncie rzeczy mnie przekonali. Po milionie zmian (tak co chwilę się dowiadywałam czegoś nowego, typu: jedziemy jutro rano pociągiem, jedziemy jutro bardzo rano pociągiem, jedziemy dziś w nocy pociągiem, jedziemy do Szwecji, jedziemy do Budapesztu, jedziemy nad morze, jedziemy...) i powrocie mężczyzny do domu dowiedziałam się szczegółów. Postanowili pozostać jednak przy Krakowie. Pojechaliśmy w sobotę koło południa. Samochodem. Ekipa była co prawda ryzykowna, ale raz się żyje. Dla sprostowania, mówiąc ryzykowna nie mam na myśli bandy debili, nieokrzesanych orangutanów lub perfidnych zboczeńców. To po prostu rozrywkowi chłopcy, nigdy nie wiadomo, co szalonego wymyślą i co człowiek w ich towarzystwie będzie w stanie wykonać. Okazało się jednak bardzo miło i kulturalnie (pomijając nielegalne picie alkoholu w miejscu publicznym). Było także rozrywkowo. Szczególnie gdy nieświadomie bawiliśmy się w klubie dla gejów. Kiedy dowiedziałam się o tym na drugi dzień, wiele zagadek się wyjaśniło, ale też wiele pytań powstało (skąd w klubie dla gejów jest tyle kobiet?! dlaczego jakiś koleś proponuje mi bym z nim opuściła lokal, wszyscy domyślamy się w jakim celu). Było też krajoznawczo, kiedy o 4 rano wracaliśmy na piechotę drogą okrężną na skróty. Niedziela była już lajtowa. Mimo niewyspania i upałów (pogoda nie zawiodła) połaziliśmy trochę tu i tam. Miałam też przygodę z butem, gdzie mój mężczyzna okazał się dzielnym kompanem mych trosk i nawet pomógł mi w rozwiązaniu, a raczej zaklejeniu owego problemu. Poznaliśmy bardzo sympatycznych ludzi, którzy pokazali nam, co Krakowiacy lubią najbardziej! Mianowicie: kolejki. Potrafią stać godzinę w kolejce po zapiekankę, nawet o 2 w nocy, albo w niekończącej się kolejce (ze 100 osób!) na łysym słońcu, w niedzielne popołudnie, przy 35 stopniowym upale, tylko po to by zjeść loda akurat z tejże lodziarni. Dla mnie to jakaś masakra totalna, ale co kto lubi. Mi by się nie chciało stać, nawet jakby za darmo mieli dawać. A Ci jeszcze płacili. Koło 21 wyruszyliśmy w drogę powrotną, do Warszawy dotarliśmy koło pierwszej w nocy i szczęśliwie zmęczeni poszliśmy spać. Po odespaniu mogę stwierdzić z ręką na sercu, że ogólnie było zajebiście, rozrywkowo i jeśli którykolwiek z moich podróżnych kompanów natknie się na ten wpis to niech wie, że jestem wdzięczna za zorganizowanie weekendu, zabranie rudego ze sobą, wspólną zabawę i miłą podróż (pomijając senne koncerty Rutka - i nie mówię tu o śpiewaniu).
Od poniedziałku znów leniwa Farszafka, wczoraj lekki bulwersik pod tytułem "płyn do demakijażu" i dziś powrót do domu.
Teraz czekam, aż nagrzeje mi się woda na prysznic i spieprzam spać.
Ahoj!
W Warszawie było spoko. Zawsze jest spoko. Teraz było jednak bardziej spoko.
Przyjechaliśmy z chłopem mym w sobotę jakąś poprzednią niż ostatnia, po czasochłonnym kupowaniu gajerka na wesele i po czasochłonnej podróży. W sumie byliśmy oboje wyczerpani tym dniem (pobudka w sobotę o 7 rano jest istną tragedią), zakupami (nawet ja tyle nie siedzę w jednym sklepie) i podróżą. Potem leniwa niedziela. Ach cudowna to była niedziela. Rude cały dzień biegało w pidżamce i nikt nie zwlekał na siłę z łóżka. Kiedy Informatyk pracował, ja rude wlepiało się w książkę i tak w sumie miną dzień. Poniedziałek był dla mnie swoistym przedłużeniem weekendu. Informatyk musiał natomiast iść i zarabiać pieniążki (żebym potem miała co z ciężkim sercem wydawać ;) <- taki żarcik). Od wtorku do czwartku gościliśmy odwiedzających nas (Buniek i Ola). Po południu spotkałam się z moją dawną miłością (tą relacji Lublin-Koło). Samo spotkanie przebiegło bezproblemowo i miło. Pogadaliśmy jak starzy kumple przy piwie i każde ruszyło w swoją stronę (chwilowo była to ta sama strona i dzięki temu rude poznało nową drogę do domu). Kupiłam też moje ukochane perfumy bo jak się okazało koło naszej mety był sklep Yves Rocher z moją Werbeną na stanie. Potem już tylko leżałam i pachniałam. W piątek dowiedziałam się, że... i tu zaczęła się ostra jazda.
Piątek. Wstaję około 10.00 z potwornym uczuciem zimna, bolącą głową i kaszlem. Pięknie. Przeziębienie. Położyłam się wiec do łóżka, przykryłam kołdrą i zaczęłam czytać książkę. Zasnęłam. Nagle, niespodziewanie dzwoni mi telefon. Otwieram leniwie jedno oko, drugie... "Marcyś :)", aha. Jak chłop dzwoni w piątek z pracy to albo się zajebiście nudzi, albo zostanie dłużej. Odbieram. Na moje zaspane "słucham" słyszę jakiś nieokrzesany, niezrozumiały i nielogiczny bełkot. Coś typu: to nie Marek, ale co słychać, bardziej: "Cześć, tu Twój ulubiony kolega z Warszawy. Jedziesz jutro do Krakowa?" WTF?! Patrzę jeszcze raz na telefon z nadzieją, że może mi się śniło, że to dzwoni mój własny prywatny chłop, a może nadal mi się śni, że ten telefon w ogóle dzwoni i jak debilka siedzę i słucham ciszy w eterze. Ale nie. Faktycznie połączenie jest i to nawet z własnym chłopem. Tyle, że w całej bajce brakuje chłopa. Pytam się więc podejrzliwie, tak bardzo podejrzliwie jak da się w minutę po przebudzeniu: coooo? I słyszę: "no to jedziesz jutro do Krakowa?". Poznałam po niewyraźnej mowie i defekcie literki "R", że to 'Marcysia' kolega z pracy. Po chwili wytłumaczono mi, że ta banda debili siedziała w robocie i stwierdziła, że weekend w Warszawie ma być koszmarny pogodowo, więc pojadą do Krakowa bo tam ma być słońce. No bomba. Opierałam się na początku, ale w gruncie rzeczy mnie przekonali. Po milionie zmian (tak co chwilę się dowiadywałam czegoś nowego, typu: jedziemy jutro rano pociągiem, jedziemy jutro bardzo rano pociągiem, jedziemy dziś w nocy pociągiem, jedziemy do Szwecji, jedziemy do Budapesztu, jedziemy nad morze, jedziemy...) i powrocie mężczyzny do domu dowiedziałam się szczegółów. Postanowili pozostać jednak przy Krakowie. Pojechaliśmy w sobotę koło południa. Samochodem. Ekipa była co prawda ryzykowna, ale raz się żyje. Dla sprostowania, mówiąc ryzykowna nie mam na myśli bandy debili, nieokrzesanych orangutanów lub perfidnych zboczeńców. To po prostu rozrywkowi chłopcy, nigdy nie wiadomo, co szalonego wymyślą i co człowiek w ich towarzystwie będzie w stanie wykonać. Okazało się jednak bardzo miło i kulturalnie (pomijając nielegalne picie alkoholu w miejscu publicznym). Było także rozrywkowo. Szczególnie gdy nieświadomie bawiliśmy się w klubie dla gejów. Kiedy dowiedziałam się o tym na drugi dzień, wiele zagadek się wyjaśniło, ale też wiele pytań powstało (skąd w klubie dla gejów jest tyle kobiet?! dlaczego jakiś koleś proponuje mi bym z nim opuściła lokal, wszyscy domyślamy się w jakim celu). Było też krajoznawczo, kiedy o 4 rano wracaliśmy na piechotę drogą okrężną na skróty. Niedziela była już lajtowa. Mimo niewyspania i upałów (pogoda nie zawiodła) połaziliśmy trochę tu i tam. Miałam też przygodę z butem, gdzie mój mężczyzna okazał się dzielnym kompanem mych trosk i nawet pomógł mi w rozwiązaniu, a raczej zaklejeniu owego problemu. Poznaliśmy bardzo sympatycznych ludzi, którzy pokazali nam, co Krakowiacy lubią najbardziej! Mianowicie: kolejki. Potrafią stać godzinę w kolejce po zapiekankę, nawet o 2 w nocy, albo w niekończącej się kolejce (ze 100 osób!) na łysym słońcu, w niedzielne popołudnie, przy 35 stopniowym upale, tylko po to by zjeść loda akurat z tejże lodziarni. Dla mnie to jakaś masakra totalna, ale co kto lubi. Mi by się nie chciało stać, nawet jakby za darmo mieli dawać. A Ci jeszcze płacili. Koło 21 wyruszyliśmy w drogę powrotną, do Warszawy dotarliśmy koło pierwszej w nocy i szczęśliwie zmęczeni poszliśmy spać. Po odespaniu mogę stwierdzić z ręką na sercu, że ogólnie było zajebiście, rozrywkowo i jeśli którykolwiek z moich podróżnych kompanów natknie się na ten wpis to niech wie, że jestem wdzięczna za zorganizowanie weekendu, zabranie rudego ze sobą, wspólną zabawę i miłą podróż (pomijając senne koncerty Rutka - i nie mówię tu o śpiewaniu).
Od poniedziałku znów leniwa Farszafka, wczoraj lekki bulwersik pod tytułem "płyn do demakijażu" i dziś powrót do domu.
Teraz czekam, aż nagrzeje mi się woda na prysznic i spieprzam spać.
Ahoj!
czwartek, 14 lipca 2011
w środku nocy
Patrzę na zegarek. Trzecia nad ranem. Kolejna bezsenna noc urozmaicona kiepskawym humorem.
Sztuka odmawiania. To mnie dziś gryzie. Jak asertywnie wymigać się z niechcianej sytuacji. Jak zrobić dobrze komuś robiąc mu źle. Mianowicie problemem jest bycie starszą, druhną, świadkową (czy jak tam sobie to jeszcze nazywacie) na weselu pewnej dobrej koleżanki. Na nieszczęście wybrała mnie, a mi się to na prawdę nie podoba. Uparła się, że koniecznie chce mnie w tej roli. Wesele za miesiąc a ja wciąż ją zwodzę. Nie daje to jednak pożądanych rezultatów. Wręcz przeciwnie, piętrzy się i kumuluje. Zaplątałam się już ładnie i nie wiem jak wybrnąć.
Mam ochotę powiedzieć tej koleżance: wybacz kochana, nie licz na mnie, ja nie chcę się w to bawić, ja tego nie lubię, ja nie czuję się z tym dobrze. Z drugiej strony wiem, jakie to dla niej ważne i jak bardzo na mnie liczy. No i jestem w przysłowiowej kropce. Do tego dochodzi szereg innych spraw, z którymi przy okazji weseliska muszę się uporać tak, by wszyscy byli szczęśliwi. Nagle brakuje mi czasu by pogodzić kilka rzeczy i z chęcią bym się sklonowała. Co najmniej raz. Najlepiej trzy.
Wszystkie bolączki tych wakacji spędzają mi sen z powiek. Tak to się ładnie mówi. Pokiełbasiło się dookoła tyle planów, że teraz ciężko jest ogarnąć wszystko. Pół roku zastanawiania się: co, gdzie, kiedy i z kim, a jak już wszystko poukładane, posegregowane, zaplanowane to nagle jeb. No ale cóż, takie życie. Zaciska się dupę i jedzie się dalej. Może chociaż plany bardziej horyzontalne nie staną się niespodziewanie odległymi marzeniami. Póki co, nic na to nie wskazuje. Mimo wszystko ten mój cudowny, wszechogarniający, jasny i pewny 'optymizm' mówi mi: nie licz na to. Zastanawiam się, co jeszcze zdąży się posypać zanim te wakacje się skończą. Jak dla mnie, mogłyby się skończyć już.
Miały być ciepłe, słoneczne, pracowite i namiętne za razem. Póki co są pochmurną, mokrą zarazą. Leniwą w dodatku. I namiętności w tym tyle co kot napłakał.
Poczekam do kolejnych. Gdzie nie będzie już egzaminów na głowie, studiów na głowie, braku zajęcia na głowie, braku pracy, wesel, wyjazdów i rozjazdów.
Liczę na ten cichy kąt i wreszcie normalne życie.
Sztuka odmawiania. To mnie dziś gryzie. Jak asertywnie wymigać się z niechcianej sytuacji. Jak zrobić dobrze komuś robiąc mu źle. Mianowicie problemem jest bycie starszą, druhną, świadkową (czy jak tam sobie to jeszcze nazywacie) na weselu pewnej dobrej koleżanki. Na nieszczęście wybrała mnie, a mi się to na prawdę nie podoba. Uparła się, że koniecznie chce mnie w tej roli. Wesele za miesiąc a ja wciąż ją zwodzę. Nie daje to jednak pożądanych rezultatów. Wręcz przeciwnie, piętrzy się i kumuluje. Zaplątałam się już ładnie i nie wiem jak wybrnąć.
Mam ochotę powiedzieć tej koleżance: wybacz kochana, nie licz na mnie, ja nie chcę się w to bawić, ja tego nie lubię, ja nie czuję się z tym dobrze. Z drugiej strony wiem, jakie to dla niej ważne i jak bardzo na mnie liczy. No i jestem w przysłowiowej kropce. Do tego dochodzi szereg innych spraw, z którymi przy okazji weseliska muszę się uporać tak, by wszyscy byli szczęśliwi. Nagle brakuje mi czasu by pogodzić kilka rzeczy i z chęcią bym się sklonowała. Co najmniej raz. Najlepiej trzy.
Wszystkie bolączki tych wakacji spędzają mi sen z powiek. Tak to się ładnie mówi. Pokiełbasiło się dookoła tyle planów, że teraz ciężko jest ogarnąć wszystko. Pół roku zastanawiania się: co, gdzie, kiedy i z kim, a jak już wszystko poukładane, posegregowane, zaplanowane to nagle jeb. No ale cóż, takie życie. Zaciska się dupę i jedzie się dalej. Może chociaż plany bardziej horyzontalne nie staną się niespodziewanie odległymi marzeniami. Póki co, nic na to nie wskazuje. Mimo wszystko ten mój cudowny, wszechogarniający, jasny i pewny 'optymizm' mówi mi: nie licz na to. Zastanawiam się, co jeszcze zdąży się posypać zanim te wakacje się skończą. Jak dla mnie, mogłyby się skończyć już.
Miały być ciepłe, słoneczne, pracowite i namiętne za razem. Póki co są pochmurną, mokrą zarazą. Leniwą w dodatku. I namiętności w tym tyle co kot napłakał.
Poczekam do kolejnych. Gdzie nie będzie już egzaminów na głowie, studiów na głowie, braku zajęcia na głowie, braku pracy, wesel, wyjazdów i rozjazdów.
Liczę na ten cichy kąt i wreszcie normalne życie.
środa, 6 lipca 2011
o warszawskich imprezach pasztetowych słów garstka...
Z blogami i bloggerami to jest tak, że ludzie zakładają blogi. Niektórym na tym etapie kariera literacka się kończy. Inni piszą codziennie. Prowadzą dzienniki, pamiętniki czy jak tam sobie to można nazywać. Ludzie tacy, uzbrojeni w głowę pełną pomysłów, z dużą dozą odwagi, nastawieniem na krytykę jak i na uwielbienie wytrwale spisują swe myśli. Są też tacy bloggerzy jak ja, który pisać lubią, ale muszą mieć ku temu szczególny powód. Coś musi tchnąć, jakaś iskra musi zapalić lont, który powoli doprowadzi do wybuchu.
No i właśnie taki wybuch nastąpił. Dokładnie to wczoraj. O 1.25 w nocy.
Po spędzeniu cudownego, romantycznego, namiętnego wieczoru z menszczyznom mym, nastała pora na sen. Sen jednak nie nastąpił. Na pewno powodem nie był niedostatek czułości małżeńskich. Wrócił współlokator. Wszystko byłoby dobrze, gdyby menda nie przyprowadziła ze sobą kobiet (tak się wydawało póki nie nastał świt). Zaczęło się od herbatki po pijaku o tej 1.25 a skończyło na łóżku. Dwie na jednego. Na szczęście po salwach śmiechu, wywołanych historiami tysiąca i jednej nocy, którymi to Uulung (współlokator) raczył swe towarzyszki do 3 rano... jak mówiłam, na szczęście: poszli spać grzecznie.
Trochę wyrozumiałości ze strony rudego: Uulung wczoraj bronił pracę licencjacką i miał prawo pójść i imprezować. Koniec wyrozumiałości. W środku tygodnia nie przynosi się do domu imprezy w postaci dwóch, rozpiszczanych, rozkrzyczanych, rozdartych emocjonalnie i fizycznie pasztetów. Szczególnie, gdy nie mieszka się samemu. I szczególnie, gdy nieszczęśnik chcący spać musi wstać o 7 rano i pracować osiem godzin.
Na poprawę humoru, swojego szczególnie, zobrazuję państwu owe pasztety. Pasztety były dwa, jak już wspominałam. Jeden pasztet jest chyba uulungową dziewicą a ten drugi to podejrzewany jest o bycie przyzwoitką (bo kto normalny wtrynia się do łóżka na trzeciego, gdy ma zamiar w nim spać para?).
Pasztetem pierwszym zostaje z racji stanu dziewoja Uulunga. Długowłose dziewcze, splątane symetrycznie w dwa ciemne warkocze (a la Czerwony Kapturek). Symetria owych warkoczy ma chyba wynagrodzić nie-symetrię ciała. Łącznie z twarzą. Bardzo widoczną niesymetrię. Jak spojrzałam na to dziewcze po raz pierwszy, wyobraziłam sobie małego mrówkojada w peruce z warkoczami. Było wtedy ciemno. rano niestety moje obawy potwierdziły się. Ładnie wyłupiaste oczy, prawie jak Marty Feldman, do tego nos taki, że można by nim świece w kościołach gasić. Tylko dziewoja niska, więc drabinkę w zestawie powinna nosić. Jak się popatrzy od tyłu... kort tenisowy z podjazdem. Uulung lubi podobno grać w tenisa więc to rozsądnie tłumaczy jego wybór. No tak czy inaczej - ładniejsze dziewczyny to się nawet poznaje na portalach randkowych. Mądrzejsze zapewne też.
Pasztet drugi to urocza, cudowna blondynka z pulchną różową buzią i pulchną pupą, zapewne też różową. Cała jakaś taka różowa była, jakby wpadła w kisiel malinowy i zapomniała się później umyć. Jednak strój już nie był tak różowy. Mimo wszystko, jedyne co mi się z nią kojarzyło to moja katechetka z podstawówki. Nigdy jej nie lubiłam. Pamiętam też, jak kiedyś pani jehowa przyszła do mnie i chciała mnie nawracać. Mogę się założyć, że obie panie ubierają się w tym samym sklepie. Jehowa jednak była kobitą po sześćdziesiątce, a ten uroczy prosiaczek miał coś koło dwudziestu lat. Nigdy jednak nie zapomnę jej długich blond włosów, różowej buzi, okulara w złotej oprawce i tej kiecki do kostek w kolorze "zarzyganej trawy".
Jacusia opisywać nie będę. Musicie mi to wybaczyć. I tak już czuję mdłości w żołądku.
Na całe szczęście radosna impreza zakończyła się około trzeciej i Towarzystwo Nocnych Rozmów Kuchennych poszło spać. Można by powiedzieć, ze chwilę później wraz z małżonkiem przyszło nam wstać.
Godzina 7. Nieszczęsny budzik trzeszczy i nie zamierza przestać. Informatyk błaga o jeszcze 5 minut, ale w rudym włączyła się funka bojowa. Nie ma spania. Trzeba się odpłacić, jak to mawiają, jak Kuba Bogu - tak Bóg Kubańczykom. Więc od rana radosna orkiestra: radio gra (bynajmniej nie cicho!), garnki trzaskają, noże stukają, woda się gotuje, ożywione rozmowy małżonków, śniadanko, zmywanko i woda nieoszczędnie całym strumieniem się leje. To jeszcze fajka na balkonie (oczywistość, że zostawiliśmy otwarty, a niech im dupy marzną), to jeszcze śmiechy i chichoty, to czułe pożegnania przed pracą... i tak aż się podnieśli. Na szczęśliwych to oni nie wyglądali. Przykro mi.
Jak już upewniłam się, że cała trójka się obudziła i dalej nie zaśnie... poszłam się wykąpać. relaksująca kąpiel w wannie, mycie włosów, ząbków. Potem kremy, balsamy, nawilżacze. Starannie wykonany makijaż, wybór ubrania, biżuterii... Słowem: godzina. Bita godzina. Cudaczki się mało nie posikały chyba. Kiedy radośnie opuściłam przybytek nadziei to mało im się te krótkie nóżki nie poplątały w tym pędzie do łazienki. gdy sytuacja została opanowana, obrzucono mnie serią morderczych spojrzeń, po czym cała trójka porozmawiała kulturalnie miedzy sobą i wyszli.
Szczęście. Tylko tyle czułam w tejże chwili. teraz czuję tylko 2/3 tego szczęścia bo współlokator już wrócił. Jakoś jednak chyba się na mnie obraził...
No i właśnie taki wybuch nastąpił. Dokładnie to wczoraj. O 1.25 w nocy.
Po spędzeniu cudownego, romantycznego, namiętnego wieczoru z menszczyznom mym, nastała pora na sen. Sen jednak nie nastąpił. Na pewno powodem nie był niedostatek czułości małżeńskich. Wrócił współlokator. Wszystko byłoby dobrze, gdyby menda nie przyprowadziła ze sobą kobiet (tak się wydawało póki nie nastał świt). Zaczęło się od herbatki po pijaku o tej 1.25 a skończyło na łóżku. Dwie na jednego. Na szczęście po salwach śmiechu, wywołanych historiami tysiąca i jednej nocy, którymi to Uulung (współlokator) raczył swe towarzyszki do 3 rano... jak mówiłam, na szczęście: poszli spać grzecznie.
Trochę wyrozumiałości ze strony rudego: Uulung wczoraj bronił pracę licencjacką i miał prawo pójść i imprezować. Koniec wyrozumiałości. W środku tygodnia nie przynosi się do domu imprezy w postaci dwóch, rozpiszczanych, rozkrzyczanych, rozdartych emocjonalnie i fizycznie pasztetów. Szczególnie, gdy nie mieszka się samemu. I szczególnie, gdy nieszczęśnik chcący spać musi wstać o 7 rano i pracować osiem godzin.
Na poprawę humoru, swojego szczególnie, zobrazuję państwu owe pasztety. Pasztety były dwa, jak już wspominałam. Jeden pasztet jest chyba uulungową dziewicą a ten drugi to podejrzewany jest o bycie przyzwoitką (bo kto normalny wtrynia się do łóżka na trzeciego, gdy ma zamiar w nim spać para?).
Pasztetem pierwszym zostaje z racji stanu dziewoja Uulunga. Długowłose dziewcze, splątane symetrycznie w dwa ciemne warkocze (a la Czerwony Kapturek). Symetria owych warkoczy ma chyba wynagrodzić nie-symetrię ciała. Łącznie z twarzą. Bardzo widoczną niesymetrię. Jak spojrzałam na to dziewcze po raz pierwszy, wyobraziłam sobie małego mrówkojada w peruce z warkoczami. Było wtedy ciemno. rano niestety moje obawy potwierdziły się. Ładnie wyłupiaste oczy, prawie jak Marty Feldman, do tego nos taki, że można by nim świece w kościołach gasić. Tylko dziewoja niska, więc drabinkę w zestawie powinna nosić. Jak się popatrzy od tyłu... kort tenisowy z podjazdem. Uulung lubi podobno grać w tenisa więc to rozsądnie tłumaczy jego wybór. No tak czy inaczej - ładniejsze dziewczyny to się nawet poznaje na portalach randkowych. Mądrzejsze zapewne też.
Pasztet drugi to urocza, cudowna blondynka z pulchną różową buzią i pulchną pupą, zapewne też różową. Cała jakaś taka różowa była, jakby wpadła w kisiel malinowy i zapomniała się później umyć. Jednak strój już nie był tak różowy. Mimo wszystko, jedyne co mi się z nią kojarzyło to moja katechetka z podstawówki. Nigdy jej nie lubiłam. Pamiętam też, jak kiedyś pani jehowa przyszła do mnie i chciała mnie nawracać. Mogę się założyć, że obie panie ubierają się w tym samym sklepie. Jehowa jednak była kobitą po sześćdziesiątce, a ten uroczy prosiaczek miał coś koło dwudziestu lat. Nigdy jednak nie zapomnę jej długich blond włosów, różowej buzi, okulara w złotej oprawce i tej kiecki do kostek w kolorze "zarzyganej trawy".
Jacusia opisywać nie będę. Musicie mi to wybaczyć. I tak już czuję mdłości w żołądku.
Na całe szczęście radosna impreza zakończyła się około trzeciej i Towarzystwo Nocnych Rozmów Kuchennych poszło spać. Można by powiedzieć, ze chwilę później wraz z małżonkiem przyszło nam wstać.
Godzina 7. Nieszczęsny budzik trzeszczy i nie zamierza przestać. Informatyk błaga o jeszcze 5 minut, ale w rudym włączyła się funka bojowa. Nie ma spania. Trzeba się odpłacić, jak to mawiają, jak Kuba Bogu - tak Bóg Kubańczykom. Więc od rana radosna orkiestra: radio gra (bynajmniej nie cicho!), garnki trzaskają, noże stukają, woda się gotuje, ożywione rozmowy małżonków, śniadanko, zmywanko i woda nieoszczędnie całym strumieniem się leje. To jeszcze fajka na balkonie (oczywistość, że zostawiliśmy otwarty, a niech im dupy marzną), to jeszcze śmiechy i chichoty, to czułe pożegnania przed pracą... i tak aż się podnieśli. Na szczęśliwych to oni nie wyglądali. Przykro mi.
Jak już upewniłam się, że cała trójka się obudziła i dalej nie zaśnie... poszłam się wykąpać. relaksująca kąpiel w wannie, mycie włosów, ząbków. Potem kremy, balsamy, nawilżacze. Starannie wykonany makijaż, wybór ubrania, biżuterii... Słowem: godzina. Bita godzina. Cudaczki się mało nie posikały chyba. Kiedy radośnie opuściłam przybytek nadziei to mało im się te krótkie nóżki nie poplątały w tym pędzie do łazienki. gdy sytuacja została opanowana, obrzucono mnie serią morderczych spojrzeń, po czym cała trójka porozmawiała kulturalnie miedzy sobą i wyszli.
Szczęście. Tylko tyle czułam w tejże chwili. teraz czuję tylko 2/3 tego szczęścia bo współlokator już wrócił. Jakoś jednak chyba się na mnie obraził...
poniedziałek, 16 maja 2011
Nie lubię jak wyjeżdzasz...
Dziś wieczór melancholijny, samotny i smutny. Jeszcze w głowie mam weekend. Ten niby zwyczajny, niby jak inne. Jednak coś w nim było wyjątkowego. Coś przełomowego. Coś co się czuje, a czego słowami opisać się nie da.
To co dobre szybko się kończy. I tak jak sen minął ten weekend. Tylko wspomnienia wciąż żywe i gorące. Bo kto by się spodziewał...
Jeszcze kilka miesięcy temu moje życie wyglądało zupełnie inaczej. Wkroczyłam w mój własny dwudziesty pierwszy wiek. I wszystko stanęło na głowie. Jak w błędnym kole. Historia lubi się powtarzać. Znów mam kogoś daleko od siebie. Znów żyję od spotkania do spotkania. Znów częściej tęsknię, wspominam... Nauczyło mnie to jednak trochę więcej wytrwałości. Wyciągam wnioski z poprzednich przeżyć. Staram się dobrze je rozumieć i naprawiać swoje dawne błędy.
Tak sobie teraz myślę, że wszystko ma swoje plusy i minusy. Teraz wielkim minusem jest ta odległość. Jednak ma to swoje dobre strony. Bardziej doceniam to co mam. Umiem się cieszyć z każdej wspólnej chwili. Czuję tę rozpierającą energię i radość z każdego gestu, słowa, uśmiechu, dotyku. Teraz czekanie ma sens. Mam też twardo postawione cele i czuję motywację by je osiągnąć. Czuję upływający czas. Każdego dnia jestem bliżej. To jak wielkie odliczanie... jeszcze rok, kilka miesięcy, parę tygodni, jeden dzień. I tak właśnie coraz bliżej celu, coraz wyraźniej go widzę. Mam siłę. Te krótkie spotkania napawają mnie pozytywną energią. Dodają mocy jak magiczny napój. Czuję, że mogę, że chcę i że się uda. Nigdy jeszcze nie miałam takiej wiary, że piękny sen się spełni. Czuję się szczęśliwa, widzę to idealne dopasowanie. Bo kiedy spotka się tę jedyną osobę, to się po prostu wie. Wystarczy jedno spojrzenie, jeden pocałunek, jedno złapanie za rękę i po prostu wiesz, że tak będzie już zawsze. Że to jest to na co czekało się całe dotychczasowe życie. Czuje się, że to życie jest dopiero początkiem, startem. Największą satysfakcję przynoszą jednak myśli, że jeszcze ta jedna chwila i będzie się już szczęśliwym na lata, że to życie się rozkręci, nabierze smaku. I nie ma wątpliwości. Jest tylko zaufanie i wytrwała praca nad osiągnięciem celu. To jest sens życia. Świadomie i wytrwale realizować największe marzenie.
Jeszcze trochę jednak muszę poczekać, trochę potęsknić i spędzić jeszcze kilka takich samotnych wieczorów. Później będzie tylko piękniej :)
To co dobre szybko się kończy. I tak jak sen minął ten weekend. Tylko wspomnienia wciąż żywe i gorące. Bo kto by się spodziewał...
Jeszcze kilka miesięcy temu moje życie wyglądało zupełnie inaczej. Wkroczyłam w mój własny dwudziesty pierwszy wiek. I wszystko stanęło na głowie. Jak w błędnym kole. Historia lubi się powtarzać. Znów mam kogoś daleko od siebie. Znów żyję od spotkania do spotkania. Znów częściej tęsknię, wspominam... Nauczyło mnie to jednak trochę więcej wytrwałości. Wyciągam wnioski z poprzednich przeżyć. Staram się dobrze je rozumieć i naprawiać swoje dawne błędy.
Tak sobie teraz myślę, że wszystko ma swoje plusy i minusy. Teraz wielkim minusem jest ta odległość. Jednak ma to swoje dobre strony. Bardziej doceniam to co mam. Umiem się cieszyć z każdej wspólnej chwili. Czuję tę rozpierającą energię i radość z każdego gestu, słowa, uśmiechu, dotyku. Teraz czekanie ma sens. Mam też twardo postawione cele i czuję motywację by je osiągnąć. Czuję upływający czas. Każdego dnia jestem bliżej. To jak wielkie odliczanie... jeszcze rok, kilka miesięcy, parę tygodni, jeden dzień. I tak właśnie coraz bliżej celu, coraz wyraźniej go widzę. Mam siłę. Te krótkie spotkania napawają mnie pozytywną energią. Dodają mocy jak magiczny napój. Czuję, że mogę, że chcę i że się uda. Nigdy jeszcze nie miałam takiej wiary, że piękny sen się spełni. Czuję się szczęśliwa, widzę to idealne dopasowanie. Bo kiedy spotka się tę jedyną osobę, to się po prostu wie. Wystarczy jedno spojrzenie, jeden pocałunek, jedno złapanie za rękę i po prostu wiesz, że tak będzie już zawsze. Że to jest to na co czekało się całe dotychczasowe życie. Czuje się, że to życie jest dopiero początkiem, startem. Największą satysfakcję przynoszą jednak myśli, że jeszcze ta jedna chwila i będzie się już szczęśliwym na lata, że to życie się rozkręci, nabierze smaku. I nie ma wątpliwości. Jest tylko zaufanie i wytrwała praca nad osiągnięciem celu. To jest sens życia. Świadomie i wytrwale realizować największe marzenie.
Jeszcze trochę jednak muszę poczekać, trochę potęsknić i spędzić jeszcze kilka takich samotnych wieczorów. Później będzie tylko piękniej :)
środa, 13 kwietnia 2011
Rachunek sumienia
Weź kilka głębokich oddechów. Jeśli palisz - zapal. Jeśli pijesz - nalej sobie lampkę wina. Zrób kawę, herbatę, gorące mleko. Włącz spokojną muzykę, a może postaraj się o zupełną ciszę. Cokolwiek, co Cię relaksuje. Zastanowimy się teraz nad Twoim życiem.
Praca/nauka
Pracujesz? Uczysz się? Ile godzin tygodniowo? Ile godzin faktycznie poświęcasz temu? To mało czy dużo? A może w sam raz? Czy to Cię zadowala? Czy robisz to co chcesz?
Dlaczego to robisz? Ile musisz włożyć wysiłku, by osiągnąć cel? Czy robisz wszystko co powinieneś? Czy na wszystko starcza Ci czasu i sił? Dlaczego tak jest?
Jakie koszty się z tym wiążą? Ile musisz poświęcić by móc się uczyć, czy pracować? Ile tracisz, a ile zyskujesz?
Czy się opłaca? Czy to dobra droga? Co musisz zmienić, by było lepiej? By zyski były większe niż straty?
Dom/rodzina
Mieszkasz sam, czy z kimś? Czy są to rodzice, czy może masz już własną rodzinę? Masz rodzeństwo? Jakie utrzymujesz z nim kontakty?
Ile masz obowiązków? Jak je spełniasz? Ile wkładasz energii w ich wykonanie?
Jak ważna jest dla Ciebie kwestia rodzinna? Czy nie zapominasz o bliskich? Czy nie odkładasz rodziny na drugi plan? Kiedy ostatnio spędziłeś trochę czasu z rodziną? Jakie to były okoliczności? Jaka panowała atmosfera? Jakie relacje są miedzy Wami?
Jak czujesz się wśród bliskich? Czy rodzina potrafi zrozumieć Ciebie? Czy Ty potrafisz zrozumieć ich? Czy w ogóle starasz się ich zrozumieć? Czy możesz liczyć na pomoc ze strony rodziny? Czy ona może liczyć na Twoją pomoc?
Związek
Jesteś z kimś w związku? Jak długo? Mieszkacie razem? Jak często się widujecie? Czy taki układ pasuje obojgu? Jakie są między Wami relacje?
Jak często myślisz o tej drugiej osobie? Co myślisz? Ufasz? Akceptujesz to w jaki sposób zachowuje się, postępuje? Co chciałbyś zmienić? Co możesz zmienić?
Kochasz? W jaki sposób to pokazujesz? Jak dużo uwagi poświęcasz ukochanej osobie? Jak bardzo się starasz? Czy nie za mało?
Jak dużo dajesz z siebie? Czy umiesz zmienić swoje złe nawyki? Czy dostrzegasz własne błędy?
Jak dużo dostajesz? Więcej niż dajesz, czy mniej? A może to się równoważy? Czy patrzysz na to realnie?
Czy nie wymagasz zbyt wiele? Czy nie starasz się ograniczyć drugiej osoby? Czy doceniasz to co dla Ciebie robi? A co dla Ciebie robi? Co Ty robisz dla niej? Czy to jest uczciwy związek?
Zdradziłeś kiedykolwiek? Dlaczego tak? Dlaczego nie? Czy ta druga osoba ma świadomość Twojej wierności? Czy może Ci zaufać? Jak okazujesz uczucia? jak pokazujesz, że Ci zależy? Czy w ogóle Ci zależy?
A może jesteś samotny? Zostałeś porzucony? Ty odszedłeś? A może nigdy nikogo nie miałeś?
Dlaczego jesteś samotny? Masz za mało wiary w siebie? Za duże wymagania wobec potencjalnego partnera? Czekasz na wielką miłość jak z romantycznego filmu? Czy robisz cokolwiek by dać możliwość zaistnienia miłości? Poznajesz nowych ludzi? A może zamknąłeś się w domu i płaczesz w poduszkę, że jesteś sam? Jak umożliwiasz poznanie siebie? Co powinieneś zrobić by to zmienić? Czy w ogóle chcesz to zmienić? Czy jest Ci tak dobrze?
Życie społeczne
Ilu masz znajomych, którym mówisz tylko "cześć"? Ilu masz kolegów, z którymi możesz się spotkać i ponarzekać na złego szefa czy trudne kolokwium? Ilu masz przyjaciół, z którymi możesz porozmawiać o WSZYSTKIM? Ile wartościowych osób poznałeś w ubiegłym roku? W jakich okolicznościach?
Jesteś towarzyski? Nie masz problemów z nawiązywaniem znajomości? Czy Twoi znajomi Cię lubią? Czy chcą się z Tobą spotykać? Czy chcą z Tobą rozmawiać? Dlaczego tak jest? Co w Tobie sprawia, że masz znajomych?
Może jednak jesteś zamkniętym w sobie domatorem? Może nie masz zbyt wielu znajomych? Może nie lubisz poznawać ludzi? Czy masz problemy z zawieraniem znajomości? Czy umiesz porozmawiać z osobą nieznajomą? Dlaczego tak jest? Czy ufasz ludziom? Czy odrzucasz od siebie ludzi, czy oni odrzucają Ciebie? Dlaczego tak jest?
Zdrowie
Jesteś zdrowy? Dbasz o siebie? Ubierasz się odpowiednio do pogody? Odżywiasz się należycie? Pijesz alkohol, kawę? Palisz? Może bierzesz narkotyki? Wysypiasz się? Z czego to wynika?
Znasz cenę własnego zdrowia? Czy nie poświęcasz go w pogoni za kasą czy karierą? Czy nie marnujesz go z lenistwa?
Jak ważne dla Ciebie jest to w jakiej jesteś kondycji? Ile uwagi poświęcasz własnemu zdrowiu? A może myślisz o nim dopiero wtedy, gdy choroba rozkłada Cię w łóżku?
Życie to rachunek zysków i strat. To bilans przychodów i rozchodów. Czy Twoje życie jest na plus? Czy czerpiesz z niego korzyści? Czy jesteś szczęśliwy?
Co musisz zmienić w swoim życiu by było lepiej? Jak bardzo tego chcesz?
Praca/nauka
Pracujesz? Uczysz się? Ile godzin tygodniowo? Ile godzin faktycznie poświęcasz temu? To mało czy dużo? A może w sam raz? Czy to Cię zadowala? Czy robisz to co chcesz?
Dlaczego to robisz? Ile musisz włożyć wysiłku, by osiągnąć cel? Czy robisz wszystko co powinieneś? Czy na wszystko starcza Ci czasu i sił? Dlaczego tak jest?
Jakie koszty się z tym wiążą? Ile musisz poświęcić by móc się uczyć, czy pracować? Ile tracisz, a ile zyskujesz?
Czy się opłaca? Czy to dobra droga? Co musisz zmienić, by było lepiej? By zyski były większe niż straty?
Dom/rodzina
Mieszkasz sam, czy z kimś? Czy są to rodzice, czy może masz już własną rodzinę? Masz rodzeństwo? Jakie utrzymujesz z nim kontakty?
Ile masz obowiązków? Jak je spełniasz? Ile wkładasz energii w ich wykonanie?
Jak ważna jest dla Ciebie kwestia rodzinna? Czy nie zapominasz o bliskich? Czy nie odkładasz rodziny na drugi plan? Kiedy ostatnio spędziłeś trochę czasu z rodziną? Jakie to były okoliczności? Jaka panowała atmosfera? Jakie relacje są miedzy Wami?
Jak czujesz się wśród bliskich? Czy rodzina potrafi zrozumieć Ciebie? Czy Ty potrafisz zrozumieć ich? Czy w ogóle starasz się ich zrozumieć? Czy możesz liczyć na pomoc ze strony rodziny? Czy ona może liczyć na Twoją pomoc?
Związek
Jesteś z kimś w związku? Jak długo? Mieszkacie razem? Jak często się widujecie? Czy taki układ pasuje obojgu? Jakie są między Wami relacje?
Jak często myślisz o tej drugiej osobie? Co myślisz? Ufasz? Akceptujesz to w jaki sposób zachowuje się, postępuje? Co chciałbyś zmienić? Co możesz zmienić?
Kochasz? W jaki sposób to pokazujesz? Jak dużo uwagi poświęcasz ukochanej osobie? Jak bardzo się starasz? Czy nie za mało?
Jak dużo dajesz z siebie? Czy umiesz zmienić swoje złe nawyki? Czy dostrzegasz własne błędy?
Jak dużo dostajesz? Więcej niż dajesz, czy mniej? A może to się równoważy? Czy patrzysz na to realnie?
Czy nie wymagasz zbyt wiele? Czy nie starasz się ograniczyć drugiej osoby? Czy doceniasz to co dla Ciebie robi? A co dla Ciebie robi? Co Ty robisz dla niej? Czy to jest uczciwy związek?
Zdradziłeś kiedykolwiek? Dlaczego tak? Dlaczego nie? Czy ta druga osoba ma świadomość Twojej wierności? Czy może Ci zaufać? Jak okazujesz uczucia? jak pokazujesz, że Ci zależy? Czy w ogóle Ci zależy?
A może jesteś samotny? Zostałeś porzucony? Ty odszedłeś? A może nigdy nikogo nie miałeś?
Dlaczego jesteś samotny? Masz za mało wiary w siebie? Za duże wymagania wobec potencjalnego partnera? Czekasz na wielką miłość jak z romantycznego filmu? Czy robisz cokolwiek by dać możliwość zaistnienia miłości? Poznajesz nowych ludzi? A może zamknąłeś się w domu i płaczesz w poduszkę, że jesteś sam? Jak umożliwiasz poznanie siebie? Co powinieneś zrobić by to zmienić? Czy w ogóle chcesz to zmienić? Czy jest Ci tak dobrze?
Życie społeczne
Ilu masz znajomych, którym mówisz tylko "cześć"? Ilu masz kolegów, z którymi możesz się spotkać i ponarzekać na złego szefa czy trudne kolokwium? Ilu masz przyjaciół, z którymi możesz porozmawiać o WSZYSTKIM? Ile wartościowych osób poznałeś w ubiegłym roku? W jakich okolicznościach?
Jesteś towarzyski? Nie masz problemów z nawiązywaniem znajomości? Czy Twoi znajomi Cię lubią? Czy chcą się z Tobą spotykać? Czy chcą z Tobą rozmawiać? Dlaczego tak jest? Co w Tobie sprawia, że masz znajomych?
Może jednak jesteś zamkniętym w sobie domatorem? Może nie masz zbyt wielu znajomych? Może nie lubisz poznawać ludzi? Czy masz problemy z zawieraniem znajomości? Czy umiesz porozmawiać z osobą nieznajomą? Dlaczego tak jest? Czy ufasz ludziom? Czy odrzucasz od siebie ludzi, czy oni odrzucają Ciebie? Dlaczego tak jest?
Zdrowie
Jesteś zdrowy? Dbasz o siebie? Ubierasz się odpowiednio do pogody? Odżywiasz się należycie? Pijesz alkohol, kawę? Palisz? Może bierzesz narkotyki? Wysypiasz się? Z czego to wynika?
Znasz cenę własnego zdrowia? Czy nie poświęcasz go w pogoni za kasą czy karierą? Czy nie marnujesz go z lenistwa?
Jak ważne dla Ciebie jest to w jakiej jesteś kondycji? Ile uwagi poświęcasz własnemu zdrowiu? A może myślisz o nim dopiero wtedy, gdy choroba rozkłada Cię w łóżku?
Życie to rachunek zysków i strat. To bilans przychodów i rozchodów. Czy Twoje życie jest na plus? Czy czerpiesz z niego korzyści? Czy jesteś szczęśliwy?
Co musisz zmienić w swoim życiu by było lepiej? Jak bardzo tego chcesz?
czwartek, 31 marca 2011
Jestem dziś bardzo szczęśliwa i na prawdę nie wiem dlaczego tak mnie to mocno trafiło, i dlaczego właśnie dziś. Jest co prawda kilka powodów by się uśmiechać. Trochę wspomnień wciąż żywych, trochę słońca, trochę kwiatków i jedna bardzo dobra wiadomość :)
Allllleeee od początku.
Niezaprzeczalnym i niepodważalnym powodem do uśmiechu są wspomnienia minionego "weekendu". No co za człowiek, co za człowiek. Tak zakraść się do mojej głowy nie jest łatwo. A jemu się udało. Sprawia to, że nieustannie się uśmiecham i nawet wspomnienie wyrzucenia, em... wyniesienia z domu jest jakieś przyjemnie łechcące :) może mniej przyjemne odczucia niesie kąpiel w ubraniu, czy dziecko w metrze namiętnie podrywające mego mężczyznę, ale w każdym razie śmiechu było dużo.
(Przypomniała mi się nawet definicja mielonka, jaką to mój ten wspomniany mężczyzna utworzył, a jaką pozwolę sobie przytoczyć. Mianowicie, mili państwo, Mielonek to taki Mietek-jelonek, który niefortunnie został rozjechany przez samochód, czego efekt jest raczej już jasny. Po pewnym czasie okazało się, że mielonkiem może być także grzybek i można go chcieć jak jest za gorąco. Ale to już zbyt skomplikowane, więc trzymajmy się definicji pierwszej.)
Weekend minął nieuchronnie i teraz pozostaje z uśmiechem na twarzy wyczekiwać kolejnego.
Powodów do uśmiechu jest znacznie więcej. Drugim w kolejności, jest uczucie ulgi i zwycięstwa. Udało się więc jednym głosem przetargować specjalizację na studiach. Będziemy się więc uczyć tego co słuszne i potrzebne. Cieszę się tym bardziej, że umożliwia mi to pisanie pracy na temat, który mnie interesuje i jednocześnie wybór promotora, który mi odpowiada :)
Już z mniej spektakularnych powodów do szczęścia mogę oczywiście wymienić piękną pogodę. Przy takiej temperaturze jak dziś, przy takim słońcu mogłam śmiało wcisnąć się w wiosenne pantofelki i podreptać w nich na uczelnię. A to najlepszy znak, że mamy wiosnę! Jakby tego wszystkiego było mało, zobaczyłam dziś pierwsze kwiatki wiosenne! Już nie trzeba malować trawy na zielono, pomalowała się sama i wydała na świat potomstwo w postaci grona stokrotków. Stokrotki przyjemnie uśmiechały się do mnie i do słońca. Zrobiło się lekko i radośnie.
Teraz popijam pyszną kawę, zagryzam roladą wiśniową z bitą śmietaną i czuję, że od tej pory wszystko będzie już dobrze...
Allllleeee od początku.
Niezaprzeczalnym i niepodważalnym powodem do uśmiechu są wspomnienia minionego "weekendu". No co za człowiek, co za człowiek. Tak zakraść się do mojej głowy nie jest łatwo. A jemu się udało. Sprawia to, że nieustannie się uśmiecham i nawet wspomnienie wyrzucenia, em... wyniesienia z domu jest jakieś przyjemnie łechcące :) może mniej przyjemne odczucia niesie kąpiel w ubraniu, czy dziecko w metrze namiętnie podrywające mego mężczyznę, ale w każdym razie śmiechu było dużo.
(Przypomniała mi się nawet definicja mielonka, jaką to mój ten wspomniany mężczyzna utworzył, a jaką pozwolę sobie przytoczyć. Mianowicie, mili państwo, Mielonek to taki Mietek-jelonek, który niefortunnie został rozjechany przez samochód, czego efekt jest raczej już jasny. Po pewnym czasie okazało się, że mielonkiem może być także grzybek i można go chcieć jak jest za gorąco. Ale to już zbyt skomplikowane, więc trzymajmy się definicji pierwszej.)
Weekend minął nieuchronnie i teraz pozostaje z uśmiechem na twarzy wyczekiwać kolejnego.
Powodów do uśmiechu jest znacznie więcej. Drugim w kolejności, jest uczucie ulgi i zwycięstwa. Udało się więc jednym głosem przetargować specjalizację na studiach. Będziemy się więc uczyć tego co słuszne i potrzebne. Cieszę się tym bardziej, że umożliwia mi to pisanie pracy na temat, który mnie interesuje i jednocześnie wybór promotora, który mi odpowiada :)
Już z mniej spektakularnych powodów do szczęścia mogę oczywiście wymienić piękną pogodę. Przy takiej temperaturze jak dziś, przy takim słońcu mogłam śmiało wcisnąć się w wiosenne pantofelki i podreptać w nich na uczelnię. A to najlepszy znak, że mamy wiosnę! Jakby tego wszystkiego było mało, zobaczyłam dziś pierwsze kwiatki wiosenne! Już nie trzeba malować trawy na zielono, pomalowała się sama i wydała na świat potomstwo w postaci grona stokrotków. Stokrotki przyjemnie uśmiechały się do mnie i do słońca. Zrobiło się lekko i radośnie.
Teraz popijam pyszną kawę, zagryzam roladą wiśniową z bitą śmietaną i czuję, że od tej pory wszystko będzie już dobrze...
Subskrybuj:
Posty (Atom)