Mam dziś jeden z tych moich dni, gdzie nawet nie chce mi się ubrać. Od rana próbowałam z tym walczyć. Wstałam, ogarnęłam zaśmiecony pokój, pościeliłam łóżko. I poległam. Nawet nie miałam ochoty na poranną fajkę, bez której od dłuższego czasu czuję się obco. Do śniadania zmusiłam się ok czternastej, kiedy już zupełnie kręciło mi się w głowie.
Nie wiem czemu tak jest. Może wywołuje to ciężki temat książki jaką pochłonęłam dzisiejszej nocy, a może właśnie to, że czytałam całą noc i spałam w sumie trzy godziny. Nie wiem.
Jestem ogólnie dziś megapesymistką. Nic mi się nie chce, wszystko mnie wkurza. Przed chwilą wzięłam sobie długi prysznic, relaksujący w pełni. Zazwyczaj, bo nie dziś. Dziś mnie nie uratował, chyba potrzebuję czegoś mocniejszego.
Wczorajsza noc była obfita w emocje. Wkurzałam się okropnie na bezradność bohaterów książki i jednocześnie na ich głupotę.
Tylko jeden bohater poruszył mnie do głębi. Chłopak, który wpadł w sidła heroiny i nie umiał sobie z tym poradzić. Poruszył, bo czasami tak bardzo przypominał mi mojego Informatyka. Taki był kochany. A może po prostu w jego wartościach chciałam odnaleźć to moje Informatyczne odbicie. Nie wiem. Było mi go szkoda.
W głównej bohaterce na siłę chciałam odnaleźć część siebie - w końcu była jego dziewczyną. I chyba jedyne co udało mi się przyrównać to niewyparzony język i to, że tak bardzo go kochała.
Książka ogólnie świetna, jednak zostawia jakąś cząstkę melancholii po jej przeczytaniu.
Celowo nie podaję tytułu. Nie chcę. Zostawię go sobie tak prywatnie, razem z tym prywatnym dołem.
0 komentarze:
Prześlij komentarz