Umieram dziś w swej nudzie. Informatyczny brak objawia się ciężkim zatruciem humoru. Nie żebym miała zły humor. Tylko taka struta właśnie jestem. Taka nijaka. Może tak właśnie przechodzi się detoks. Kiedy wewnętrznie boli Cię nuda. I rzygasz znużeniem.
Tak się zastanawiam. Nad wieloma aspektami egzystencji. Zapytuję siebie: czy jesteś szczęśliwa? I odpowiadam sobie pytaniem na pytanie: teraz czy w ogóle? Potem pada kolejne autopytanie: co za różnica?
Właśnie. Co za różnica, przecież jestem. Jednak gdzieś tam na dnie, czuję się jakaś zmięta i wypluta. To nie jest objaw pełnego szczęścia. Może więc jestem szczęśliwa nie pełnie. W tym momencie, przecież zawsze jestem.
Czas rozmyślań nie jest dobrym czasem. Częściej wolę nie myśleć niż myśleć. Kiedy doskwiera taka fizyczna samotność, człek zdolny jest do popadania w jakieś dołki i rowy emocjonalne. Nie chcę przez to powiedzieć, że popadłam. Nie mam powodu. Ani ochoty.
Tak, jestem szczęśliwa. Nie mam powodu nie być. To tak jak z tym dołkiem. Po co na siłę szukać dziury w całym. PMS jeszcze się nie zaczął.
Tylko ten czas się tak dłuży... tylko uciekam od fajek, bo się ograniczam. Tylko spać się chce. Tylko nagle dociera do mnie, że nie mam nawet z kim pogadać. Nie mówię tu o współlokatornej siostrze, która swoją osobą zaszczyca mnie dość często (chyba z racji fajek, bo z kimś palić to zawsze przyjemniej). Ale tak dziwnie. Nawet na gg pojawiam się jako "dostępny". Pustki.
Zastanawiam się też, czy może nie jest to spowodowane odstawieniem znajomych na bok. Kiedy byłam w związku z Panem M. miałam aż za dużo czasu dla znajomych i moje życie towarzyskie kwitło jak rumianek.
Z momentem pojawienia się Informatyka jakoś tak odsunęłam się od znajomych. Więcej czasu zaczęłam spędzać w domu, z nim. Nic dziwnego, że i oni zapomnieli o mnie.
Teraz to widzę. Tydzień z nim, weekendowe barowanie z nimi (i nim).
Ma to swoje plusy. Wciąż szalenie cieszę się z jego obecności, wciąż czuję się kochana i rozpieszczana (a czasem mi tego brakowało), uśmiecham się codziennie.
Ma też minusy. I nie chodzi tu już zupełnie o zatracenie kontaktów z tą garstką znajomych. Po prostu uzależniłam się. Kiedy nagle jednego dnia go nie ma, ja czuję się jakby mi rękę urwało. Tylko miejsce po ręce nie boli. Nie umiem się odnaleźć, nie mogę się na niczym skupić. To chore. Przecież nie możemy być razem 24/h. Nie? Szkoda.
Tłumaczę sama sobie: tego Wam trzeba. W każdym związku trzeba czasem odpoczynku. Każdy musi mieć swoje prywatne życie i prywatne sprawy. I tak Informatyk musi spotkać się z kumplami na piwie, albo pograć sobie z Golasem w jakieś zabijanie dużych tatusiów i małych dziewczynek (chodź mi to jakim pedofilstwem zajeżdża, ale podobno nie). Musi odpocząć. I ja to w pełni akceptuję. Bo nie mam PMSu.
Ja też podobno muszę. Podobno muszę mieć czas dla siebie, na swoje sprawy, na swoich znajomych.
Tu się jednak pojawia problem. Ja nie mam się z kim spotkać. Wszyscy albo wyemigrowali na studia, albo kontakt tak się urwał, że nawet nie wiem o czym miałabym z nimi rozmawiać na gg, nie mówiąc już o realnym spotkaniu.
Teraz mam tą swoją Comę w głośnikach, mam swojego wrednegonazłość kota, ktory obecnie kocha moje lusterko i te kolorowe, błyszczące "fasolki jedności", krzyczące "zjedz nas!". I siostrę od fajki do fajki.
To wciąż za mało, moje serce, żeby żyć...
Co ciekawe. Zawsze kiedy Informatyk znika mi na dłużej słucham Comy. Czemu? Nie wiem.
Aloha
Tak sobie to przeczytałam, i pomyślałam, że masz bardzo podobnie do mnie, albo ja do Ciebie ;)
OdpowiedzUsuńWitam, i dzięki żeś do mnie wpadła ;)