Pamiętam ten dzień jakby był wczoraj, a może nawet dziś...
Zapytał czy pójdę z nim na fajkę. Zeszłam na dół i dostałam piękny bukiet kwiatków. Cieszyłam się jak głupia, bo nawet nie pamiętałam, że to dzień kobiet. 100% zaskoczenia. I w wielkim skrócie przedstawiłam państwu jak to się wszystko ładnie zaczęło. Rok temu.
Minęło szybko. Ja byłam świeżo (nawet bardzo) po półtorarocznym związku relacji Lublin-Koło, o którym już wspominałam. On był świeżo (aczkolwiek trochę mniej świeżo) po zakończonym 3,5 rocznym związku. Nie wiedziałam do końca czy coś z tego wyjdzie, czy dam radę, czy nie jest dla mnie za wcześnie. Przyjaciel mój powiedział mi jednak: bierz się za niego póki możesz. I chyba miał rację. Chyba odnosi się do czasu, bo nikt nie wie, czy gdyby to poczekało jeszcze trochę to losy potoczyłyby się tak jak teraz.
Bałam się, że nie jestem gotowa, ale odważyłam się. Do tej pory uważam, że był to jeden z najlepszych, dotychczasowych wyborów w moim życiu. Lepszym będzie chyba tylko powiedzenie mu: TAK na ślubnym kobiercu.
Udało się i póki co 'dobrze jest i nie trza psuć', jak to mawia mój Informatyk, bo przecież o nim mowa. Facet, jakiego ze świeczką można szukać. Ktoś, kto potrafi przyjechać do mnie o 2 czy 3 w nocy, bo jestem chora, kręci mi się w głowie i boli mnie brzuch. Przyjechać, uspokoić, zrobić herbatkę i poczekać aż zasnę, żeby po cichu się wymknąć i z samego rana wrócić, by doglądać mojego chorego dupska. Ktoś kto mi pozmywa jak mnie leń złapie albo zakupy przyniesie. Wpadnie ze mną w House'owy nawyk, a nawet obejrzy Harrego Pottera i pozwoli później namalować sobie piorunka na czole. Każdego ósmego (swego czasu) przynosił mi kwiatki, żeby podziękować za kolejny wspólny miesiąc. Teraz dziękuje nieco inaczej ;)
Najdziwniejsze jest to, że my się jeszcze nigdy nie pokłóciliśmy tak na prawdę. Były czasem jakieś takie drobne nieporozumienia, ale bez wrzasków i trzaskania drzwiami. Wszystko na spokojnie. Ja oczywiście nie byłabym sobą, gdybym się nie czepiała o każdy szczegół, nie strzelała przysłowiowych fochów albo nie ugryzła (upierdoliła) go od czasu do czasu. Ale to wszystko to życie i nawet jak tak myślę teraz, to dużo tego nie było. Oprócz upierdoleń, ale ja to zaliczam raczej do przyjemnych rzeczy.
Za to rzeki łez i tysiące bólów brzucha (ze śmiechu oczywiście) zaliczyliśmy wspólnie. I to wszystko jego wina! Bo to takie niepokorne ciele (fuck, znów będzie mnie łaskotał)! Tyle wspólnych imprez, wypadów do Warszawy, zahaczyliśmy też o Belgię i Poznań. Te potoki zdjęć zatapiające niezamieszkałe tereny mojej komputerowej pamięci. I jego.
Setki, tysiące, miliony wspomnień... A to tylko rok. Dopiero rok. Więcej napiszę w przyszłym ;)
Teraz tak trochę osobiście...
(nie umiem robić laurek, szczególnie w paincie:P)
"Bo ja nadaję na tych falach, co ty, widać, słychać, przecież wiesz..."
OdpowiedzUsuńWidać, idealnie to do Was pasuje... Ze względu na sklerozę, nie mogę sobie przypomnieć kto to tak mądrze wymyślił, ale chwała mu za to :D