piątek, 16 lipca 2010

help

Zmiany, zmiany i zmiany. Niby wszystko tak jak chcę, niby się układa, niby jest dobrze. Tylko, że wszystko "niby", bo ja jakoś tego nie odczuwam. Może to przez tę pogodę, może przez inne silnie oddziaływające na mnie czynniki. Tak czy inaczej: nie czuję. Dopadł mnie totalny dodupizm, a może nawet "wszystkowdupizm".

Ale po kolei: remont generalny w moim schronie (malowanie, nowe meble itp) nie odnosi skutku zamierzonego. Obawiam się nawet, że był to swoisty krok w tył. Fioletowa ściana chyba na mnie nie wpływa zbyt pozytywnie, a ta zieleń w ogóle mi się nie podoba. Malowanie było w poniedziałek a ja już dwa razy śniłam koszmary. Zajebiście.
Może to jednak nie remont, może to taki koszmarny stan wewnętrzny, bo jak człowieka pogoda dobija i w ogóle nie może wypocząć to i koszmary się śnią. Tak sobie tłumaczę, żeby nie wybuchnąć złością sama na siebie ze debilne zestawienie barw w moim naturalnym środowisku.

A jeszcze co dziś usłyszałam to mnie dobiło totalnie: jeżeli pan mąż mojej "współlokatorki" nie wyrobi się z malowaniem do niedzieli, tylko będzie malował później to ona przeniesie się pod moją nieobecność na "jeden" dzień z dzieckiem do mojego pokoju. No kurwa hotel? Bo żeby to miał być faktycznie jeden dzień to ja rozumiem, ale ja już znam pojęcie czasu w ich wykonaniu. Jak w październiku przyjechali pomieszkać sobie dwa tygodnie tak są do tej pory i tylko wkurwiają wszystkich dookoła. Dlaczego? Generalnie dlatego, że dziecko sra. I niby nie ma w tym nic dziwnego, prawda? Dziecko ma pampersa, pampersa trzeba zmienić. A jak już szanowna matka dziecka pampersa zmieni to w te cholerne upały zostawi go sobie na łóżku czy podłodze na pół dnia, a nie raz i na cały dzień, a wszyscy w domu muszą znosić te aromaty. A jak już łaskawie wyniesie tego pampersa do kosza to i tak w całej kuchni aroma się unosi. Bo tam nie ma jednego pampersa tylko już trzy. I one sobie wesoło śmierdzą. I to jest dobijające. I jak ja sobie pomyślę, że mam mieć taką pampersownię w pokoju to mnie krew zalewa. I postaram się do tego nie dopuścić.
I najbardziej wkurza mnie myśl, że tak na prawdę nie mam na to żadnego wpływu, bo jak już pojadę w cholerę z tego mieszkania na dwa miesiące to będę mogła jej naskoczyć.
Chyba, że pewnego pięknego dnia zrobię niezapowiedziany nalot... A wtedy to już będzie piekło jeśli lady Sylwia z domu zrobi burdelownię (w sensie bałaganu), bo jak to moja mama stwierdziła: dziewczyna ma do tego talent.

No trochę się wyżyłam. A może jeszcze bardziej wkurzyłam.

Szukam pomysłu na rozwiązanie tejże sytuacji. Help.

2 komentarze:

  1. Wiem, że napisałaś tutaj o swoich dodupnym nastroju i generalnie, że wszystko nie tak. Ale jak czytałam o tych pampersach to śmiałam się na głos XD

    OdpowiedzUsuń
  2. no tak, sytuacja jest czasami zabawna, jak się z boku na to spojrzy. Ale rozwiązanie też się znalazło, zamontowałam zamek w pokoju :)

    OdpowiedzUsuń