sobota, 25 września 2010

Bo się księdzu zachciało...

Mieszkanie po sąsiedzku z kościołem to zuo w czystej zła postaci. I nie chodzi mi tu o niedzielne dudnienie w dzwony z samego rana jak człowiek śpi na kacu. O wiele gorsze okazują się soboty. Bo się księdzu imprez zachciało.
Sobota, słoneczna, ciepła i prawie przyjemna. Gdyby nie ból gardła i "kaszelek", który natęża się z godziny na godzinę, rozpoczynający batalię brzuch i świdrujące dźwięki w głowie. I ksiądz za oknem.
No powiedzcie mi po jaką cholerę robi on imprezę właśnie dziś? Dmuchane zamki porozstawiał, scenę z okropnym nagłośnieniem (słychać niestety tylko echo, a za nic zrozumieć się nie da co oni tam wygadują), dzieci zwołał z tutejszej okolicy, a może i okolicy okolicy. Biegają, krzyczą, wrzeszczą i piszczą. Szkoda, że mi jeszcze nie srają pod oknem. Najgorsza w tym wszystkim jest jednak "atrakcja dnia" czyli wóz strażacki, gdzie każdy może sobie wejść... posiedzieć... syrenek poużywać... Czyli jednym słowem od pół godziny już syrenią mi tym gównem pod blokiem i wcale nie sprawiają wrażenia jakby chcieli przestać.
Atmosfera robi się nie do zniesienia. Od tych hałasów coraz bardziej boli mnie głowa, okien nie pozamykam, bo się ugotuję w mieszkaniu. A jednak... Rozgotowane rude nie smakuje najlepiej. Na domiar złego złamał mi się brutalnie paznokieć i nie mogę znaleźć pilniczka. No szlag mnie trafi. Kurwa.
Pójdę się zamknąć w łazience chyba. Z tamponami w uszach z funkcją MUTE.
Ojapierdolękurwamać.

0 komentarze:

Prześlij komentarz