Oooo, jak mnie tu dawno nie było... No, ale do rzeczy.
Siedzę sobie w stolicy już od końca lipca, z sierpniową przerwą na Belgię. Pracuję w Żabce, jeszcze tylko tydzień, potem wracam na stare śmieci, na uczelnię i do normalnego życia. Nie wiem czy jestem z tego zadowolona do końca. No chyba najbardziej nie zadowala mnie to normalne życie, bo tutaj czas płynie jakoś tak spokojniej, mniej stresowo. Odpoczywa mój umysł zaprzątnięty rachunkami, opłatami, domowymi kłopotkami i mieszkańcami na siłę w sąsiednim pokoju. Tu przynajmniej oni mnie nie denerwują. Zbyt często.
Opowiem może trochę o pracy w Żabce, w sklepie, na kasie.
Wiem już na pewno, że nie wiążę z tym mojej zawodowej przyszłości. Nie jestem stworzona do uśmiechania się do szerokiego grona klienteli i wydawania im reszty... I siateczek. Nie znoszę żebrać o drobne i użerać się z pijaczkami. Natomiast bardzo ciekawie popatrzeć sobie mogę na typy wspomnianej klienteli. Można ich podzielić na:
- stałych i przypadkowych klientów,
- zamożnych, biednych, pijanych, czeczenów i robotników. I dzieci, o losie.
I nie wiem która z tych grup jest najgorsza. O dziwo nie zamożni, Ci bardzo zamożni co zawsze się wydają napompowanymi gburami. O nie... Ale po kolei.
Klienci stali bardzo wiążą się z grupą zamożną i pijaną. Z racji lokalizacji większość stałych bywalców nie cierpi na brak gotówki, jak i kart płatniczych. Żabka nasza jest jednym z niewielu sklepików znajdujących się na zamkniętym, wojskowym "osiedlu" we Warszawie, rzecz jasna. Nie powinien więc budzić wątpliwości stan majątkowy mieszkańców, jak i sama cena mieszkań (pół miliona za mieszkanie w bloku w stanie surowym). I Ci właśnie stali klienci, bogaci i ustawieni zawodowo (dyrektorzy, managerowie, profesorzy, filmowy i ba! aktorzy się nawet zdarzają) są naszą grupą trzymającą władzę, bo z cenami się nie liczą i blisko mają. No więc jest ich od groma, codziennie. Ich lubię. Są mili, kulturalni i nie zbierają drobnych, toteż zwrot "bez grosza" nie wzbudza w nich nerwowych tików.
Drugą partią stałych klientów są osiedlowe pijaczki (bo osiedlowe pijaczki są wszędzie), tzw koneserzy tanich win i papierosów za 7,95. Oni to zawsze radośnie wpadają do sklepu z wyliczoną kwotą 5zł i chcą tanie wino ("Baryłkę"), mimo, że ono kosztuje 5,99. I marudzą, i ględzą: niech no nam kierowniczka pożyczy złotówkę, bo myśmy nie wiedzieli, że to tak podrożało. Przychodzą codziennie i codziennie są w szoku, od 2 miesięcy. Pożyczać, ani "dawać na krechę" im, rzecz jasna nie wolno. Wygania się więc do szefa jak jest i ma się spokój. A że szefa często nie ma to... "proszę w takim razie przyjść jak szef będzie, inaczej nic nie zrobię". Oj, męczące to to jest strasznie, tak znosić uporczywe błagania śmierdzącej wczorajszym, a nawet przedwczorajszym, tanim winem populacji. Ich nie lubię. Bo kombinują jak się da i kraść potrafią. A tego to już ja tolerować nie będę. Więc z mordą trza do nich, że co mi pan tu stoi i prosi jak ja i tak nie dam a i czasu na dyskusy nie posiadam. No i idą w cholerę, na godzinę, albo i mniej, bo przecież zaraz się jakiś inny przypląta i śmierdzieć mi będzie.
Ostatnią dawką stałych bywalców są robotnicy. Z racji dwóch okolicznych remontowni i budowli, pojawia się ich stała, duża grupa. Oni to mnie tak wkurzają i nie wkurzają. Bo niby wiedzą czego chcą, kwoty wyliczone przynoszą i za bardzo nie marudzą. Są oczywiście takie chamy, co edukacyjnie zatrzymali się na podstawówce a za hrabiów i profesurę się uważają. A baba za kasą to ma im usługiwać a nie rzucać mięsem na sam widok. Ale takich bambusów to na szczęście jest niewielu. O wiele większą liczbę stanowią Ci sympatyczni i grzeczni. Zdarzają się także amanci podrywacze, co to panią z Żabki na tańce i kawę chcą zabierać. I oświadczać się by mogli jeszcze, gdyby nie "narzeczony" co ją sobie wcześniej zarezerwował. O Informatyku mowa rzecz jasna. Ale oni to się przynajmniej uśmiechają zawsze i "dzień dobry" mówią, i "do widzenia" a w piątki nawet "do zobaczenia w poniedziałek". Z nimi nie ma problemów, nie mogę narzekać.
Ta biedota co przychodzi od czasu do czasu to mnie wkurza chyba najbardziej. I dzieci, ale o nich to za chwilę. Ta biedota, nie wiadomo skąd to się wzięło na takim osiedlu, ale przychodzi i narzeka, że drogo. No nerwy puszczają, na Ukrainie to my nie jesteśmy, ceny jakie są każdy wie. Ale ich to jest dosłownie garstka a i tak przychodzą jak czegoś w delikatesach nie kupią, albo w Kierfurze zapomną. Więc z nimi też luz, można tak powiedzieć.
Teraz czeczeni i dzieci, zazwyczaj też czeczeńskie. Bo ta cała migracja czeczenów to się lokuje gdzieś niedaleko, ja nawet dobrze nie wiem gdzie, ale w każdym razie blisko. No i przyłazi to to codziennie, karty do Heyah za 5 albo za "tridzcjesci" kupuje i Winstony niebieskie. Już nawet zaczynam rozumieć jak oni do mnie po "polsku" mówią. Kasy to mają oni sporo, bo tam dostają na każdego po 2000 zł miesięcznie, a jak się które uczy to pewnie i więcej. Ale udają, że bieda aż piszczy i kradną strasznie. Aaaa! A już najbardziej to kradną te ich dzieci. Wpada takich z 5 czy 6 i łazi po sklepie całym i tylko niucha co tu wynieść. Normalnie krok w krok za nimi trzeba i na łapy patrzeć a i tak pewności się nie ma, że Ci nic nie wyniosą, takie bydlaki. Te mniejsze to przykleją się do kasy i macają wszystko co tam w zasięgu ręki leży z pytaniem: "pani! a to ile kostuje?", albo pokaże łaskawie, że ma w ręku złotówkę i pyta o każdą jedną rzecz: "starcy?". No szlag mnie już z nimi trafia, więc najczęściej po 3 pytaniu wypraszam grzecznie ze sklepu: "będziesz coś kupował czy tylko przylazłeś mi głowę zawracać?!". Nie wiem ile oni z tego rozumieją, ale wynoszą się z miną zbitego psa. I spokój. Na chwilę. Bo z nimi to jak z tymi pijaczkami, jedno wyjdzie a za 5 minut pojawia się kolejne. I tak pół dnia. Potem matka chyba z domu nie wypuszcza. I całe szczęście.
Są też "zwykłe" dzieci, grzeczne i miłe i nie kradną. Ale chyba mnie już jakaś dziecięca zaraza trafiła i ich też nie lubię.
Wynika z tego, że moje serce podbija klientela zamożna i regularna. Miła, serdeczna, wykształcona, nie kochająca drobnych (w przeciwieństwie do nas, bidnych roboli sklepowych, bo nam drobnych to zawsze brakuje). Ludzie na poziomie, z którymi można i porozmawiać i pożartować. Aż się miło robi. Jak taki człowiek kulturalny sklep opuści to wszyscy jakby zahipnotyzowani jego elokwencją, z uśmiechem zajmują się swoimi obowiązkami. Przez chwilę. Bo przecież zaraz wpadnie jakiś robol, pijak czy inne czeczeńskie dziecko...
Współczuję pracy, ale poniekąd rozumiem - bycie nauczycielem też wystawia na cały przedział osobliwości zarówno po stronie grona pedagogicznego jak i uczniów. Trzeba mieć stalowe nerwy :/
OdpowiedzUsuńNie spodziewałam się ze istanieją ludzie, którzy rozważają związanie swojej przyszłości "ZAWODOWEJ" (ale się uśmiałam) z żabką. To tam trzeba pracować żeby wiedzieć, że to żałosna praca bez sensu i przyszłości?
OdpowiedzUsuńGunia: praca sezonowa (na szczęście)... I chyba wolałabym już być nauczycielką ;)
OdpowiedzUsuńAnonimowy, a raczej Anonimowa: wiesz, ja też się nie spodziewałam, jednak okazuje się, że tacy istnieją. I nie mówię tu akurat o tzw ajentach, "szefach". Praca w każdym sklepie od razu śmierdzi bezsensem i brakiem swoistej lotności. Zwłaszcza, jeśli ktoś ma możliwości podjęcia pracy w czymś bardziej ambitnym. Z drugiej strony, popracować tak sobie to też ciekawe doświadczenie, człowiek się uczy szanować własne siły ;)