Pierwsze załamanie związkowe. Nie nie. Związek kwitnie, ma się znakomicie. Ja nie mam się znakomicie. Jestem szczęśliwa, jest wspaniale... Tylko. Zawsze musi być jakieś tylko. W tym przypadku jest to odległość. I sesja. W związku ze zbliżającym się końcem świata w wizji większości studentów, czasu nie ma na nic. Nauka się piętrzy, kolokwia, zaliczenia, egzaminy. Wszystko na raz. Nie ma czasu żeby się spotkać, nie ma czasu nawet na chwilę rozmowy. I to mnie zaczyna przerastać.
Wiedziałam, że tak będzie, wiedziałam na co się decyduję. Wiem też, że to minie, gdy tylko skończy się ten nieszczęsny luty. Odbijemy sobie wszystko. Znów będzie czas. Tylko teraz. Moja głowa źle się ma. Czekam, mimo, że wiem, że nic się nie stanie. Zerkam na zegarek, wpatruję się w okno ze złudną nadzieją, że zobaczę go jak idzie w moją stronę. Wiem, że to nieprawdziwe, nierealne i takie tam. A jednak jak to mawiają: nadzieja umiera ostatnia.
Znam termin kolejnego spotkania. I kilku kolejnych także. Wiem co, gdzie, jak i kiedy. A jednak łudzę się, że może jednak wcześniej. Przynajmniej jeden dzień, przynajmniej godzinka. By nabrać sił, na dalsze czekanie.
Głupia baba ze mnie. Wiotka i płocha. Twarde, zawzięte i złośliwe rude po prostu usycha z tęsknoty. No kto by pomyślał...
0 komentarze:
Prześlij komentarz