Walentynki, cóż za cudowne, niepowtarzalne, niesamowite i głupie święto. Manifestacje miłości, wszędzie czerwono, różowo i uroczo. Prawie jak w burdelu. Zdaję sobie sprawę, że zaraz wszelcy zwolennicy tych cudownych obchodów rzucą się na mnie i zlinczują, bo jak mogę grzeszyć, wypowiadając obelgi na ten piękny dzień. I że prawdopodobnie jakbym miała z kim go spędzać to bym tak nie gadała. Bo przecież żal dupę ściska, że "zakochani" świętują, a ja NIE.
Powiem Państwu całkiem szczerze, że jestem bardzo szczęśliwie zakochana, mam z kim spędzać walentynki, opływać w obłoczkach itp, itd i do tego mam to wszystko w dupie. A szczęście pożerające to wszystko polega na tym, że moja druga "połówka" ma to tak samo w dupie jak ja.
Chciałoby się powiedzieć: ludzie ogarnijcie się!
1. My zakochani... nie potrzebujemy specjalnego dnia by miłość okazywać. Możemy codziennie umówić się na kolację, kupić sobie prezent, czy zwyczajnie powiedzieć: kocham Cię. I tylko naiwne baby, przesadne romantyczki uważają, że jak raz do roku facet wysili się i zorganizuje coś "wyjątkowego" to jest najlepszym facetem na świecie. Przeczytałam dziś na facebooku (jakże cenne źródło wiedzy) wpis pewnej znajomej. Chwaliła się najcudowniejszym facetem pod słońcem, bo zorganizował jej wieczór tak, że w rezultacie tapla się płatkach róż i wraz ze swoim skarbem robią sobie wspólne fotki z ręki. No może i te płatki fajne, no chłopak się wysilił aż miło. Na prawdę jednak chciałabym wierzyć, że ona ma tak wspaniale dzień w dzień. Może i ma. Jednak takie właśnie niesamowite okazywanie uczuć, wysiłek i pomysłowość nabrały by jeszcze większej chwały w zwykły dzień, gdzie byłoby to już 100% zaskoczeniem. A do tego jak sobie koleś poprzeczkę podniósł na przyszły rok ;)
Podsumowując: nie trzeba róż, aby wiedzieć, że ktoś kogoś kocha. Nie trzeba do tego i walentynek.
2. Walentynki jednak siłą rzeczy zakorzeniły się już co nie co w naszej kulturze, amerykanizują nas jak tylko się da. Najpierw przejęliśmy od nich hamburgery, potem święta, tradycje, obchody. Może niedługo będziemy świętować 4go lipca? Będziemy też rzuć tytoń i twierdzić, że Irak leży koło Portugalii, a Polska to jeden z krajów Beneluksu.
Rozumiem, że wpływ zachodu jest nieunikniony, a nawet potrzebny, ale bądźmy rozsądni. Bierzmy z głową to co jest nam potrzebne, nie zapominajmy o własnych obyczajach. Zachowajmy jakąkolwiek narodowość, jedność, spójność i przynajmniej w sprawach kulturowych: suwerenność.
Podsumowując: Walentynki nie uczynią nas Ameryką Europy.
3. Kolejna rzecz na liście skarg i zażaleń: komercja. Jezuuuu! Jak te walentynki śmierdzą! Na kilometr wali komerchą. Ludzie naiwnie wierzą, że ma być uroczo, przyjemnie, romantycznie. Przecież w każdej wystawie sklepowej jak byk widnieje niepisane hasło: mam serduszka w oknie, skuszę do siebie więcej debili. Bo przecież jesteś zakochany, kochasz, pamiętasz, może nawet świętujesz. Ale co? Prezentu nie kupisz?
Przyglądałam się dzisiaj wystawom sklepowym (maszerowanie z ciotką w ciąży sprzyja oglądaniu wystaw, bo chodź raz przejdę się po mieście w żółwim tempie). Bacznie oglądałam co oferują nam lokalni kupcy jako prezent walentynkowy. Każda witryna różowa lub czerwona, pełna serduszek, buziaczków, piórek i innych pierdółek. I największymi pierdółkami są oczywiście te "idealne prezenty na dzień zakochanych". I to co wchodziło w ich skład, przechodziło moje najśmielsze oczekiwanie. Męskie skarpetki w serduszka, grające poduszeczki - grają jak położysz głowę (więc co mi z takiej poduszki?), okazjonalne kartki wielkości stołu ciut nie bilardowego, koszulki z przedziwnymi obrazkami (od kama sutry po gwałcące się zające), różowe lampki (a la burello), miliony maskotek małych i dużych, kubeczków, smyczy, zapalniczek. Ramki, sramki, kukiełki i inne duperele tzw "do postawienia na regale". Jednak nr jeden na tej całej liście jest rzecz, która wzbudziła we mnie dość duże zastanowienie. Głównie nad przydatnością (ale i estetyką) owego tworu. Mianowicie: kapcie. Takie kapcie bardzo zabawne, nie nadają się do chodzenia, są ogromnym, różowym czymś, co należy umieścić na ścianie nad łóżkiem. Kupujesz kapcie dwa. Na jednym jest kiczowy napis: kocham Cię księżniczko, a na drugim: kocham Cię księciu. Czy coś pod ten deseń. No i tak się zastanawiam. Czy kiedy kupuję owe kapcie, to "męskiego" kapcia daję memu samcowi, a ten "damski" zostaje u mnie? Czyli sama siebie zwę księżniczką i sama sobie miłość wyznaję? Dość narcystyczne podejście. Może jednak to jest cudowny pomysł na "wspólny" prezent. Zrzuta po połowie i każdy bierze swojego kapcia. Ale co to za prezent? I na koniec: co ma kapeć do księżniczki/księcia?
I te kwiaciarnie... Oblepiające się serduszkami i sprzedające róże w 3 razy wyższej cenie.
Podsumowanie: nie warto dać się ponieść emocjom i zapędzić w ten zakupowy wir. Więcej latania i myślenia, niż sam prezent wart.
4. Na koniec. Czy ktoś w ogóle pomyślał o tych, którzy są samotni? Którzy zostali porzuceni na kilka dni przed walentynkami, którzy są nieszczęśliwie zakochani, którzy biegają za połówką nie tego jabłka? Oni na co dzień potrzebują bliskości innej osoby. I nagle wielkie święto, wielkie bum. Miłość emanuje z każdej możliwej strony. I co robią Ci samotni, by uchronić się przed uderzeniami miłości, cudzej miłości? Zamykają się w domach, zasłaniają okna, gaszą światło i piją samotne wino. Bo nie mają z kim. Bo oni nie potrzebują walentynek do okazywania miłości. Oni potrzebują kogoś, by móc tą miłość okazywać. I czy koleżanka opowiadając o swoim cudownym chłopaku pomyślała, że może przeczyta to, ktoś, komu zrobi się bardzo smutno? Czy właściciele sklepów zdają sobie sprawę, że odpychają samotnych?
Ja rozumiem, jeden dzień w roku, no niech im się należy. Ale czy jest dzień singla? Dzień osoby samotnej? Porzuconej? Niechcianej? Jeśli nawet jest to kiedy? Dlaczego oni nie mają swojego hucznego święta? Dlaczego im nie jest ono potrzebne?
Walentynki. Komercja, amerykanizacja, ogłupianie i dołowanie samotnych. Więc jako szczęśliwie zakochana nie obchodzę tego "święta". Nie potrzebuję przesadnie miłosnego dnia, który jedyną wartość jaką niesie, to wzbogacenie o nową pierdołę w pokoju. Mogę mówić kocham codziennie.
kropka.
Samotni spędzają czas w domu pijąc piwo na skype... ot co...
OdpowiedzUsuńPolecam do przeczytania wpis Twojego autorstwa sprzed roku :)
OdpowiedzUsuńNajlepszy dowód na to jak ludzie się zmieniają z upływem czasu ;)
OdpowiedzUsuńDr House: People don't change.
OdpowiedzUsuńMoże i ludzie się nie zmieniają, ale ich upodobania na pewno.
OdpowiedzUsuńhaha forever alone :D
OdpowiedzUsuńa ja bym raczej obstawiała zmianę patrzenia dostosowaną do sytuacji. w tamtym roku spędzałaś walentynki z Informatykiem. teraz pisałaś o facecie 'na odległość'. i ja jednak sądzę, że dokładnie stąd ta zmiana stanowiska. albo tylko dlatego, że nowy facet. jak to zgrabnie ujęłaś 'ma w dupie walentynki'.
OdpowiedzUsuńNie jestem jak ta wstążeczka na wietrze. Jeśli facet czegoś nie lubi to mi się z automatu też nie włącza takie "nie-lubienie". Nowy facet wiąże się na bank z nowym spojrzeniem. Jednak to tylko wyciąganie wniosków, własnych przemyśleń i jakieś dążenie do odkrywania siebie i własnych potrzeb. A jeśli ktoś bardziej wierzy w to co wymyślono na potrzeby serialu, który ma na celu jedynie przyciągnięcie rzeszy publiki, mniej lub bardziej otępiałej, to ja gratuluję podejścia do życia.
OdpowiedzUsuńpomylili Ci sie Anonimowi ;)
OdpowiedzUsuń