Z blogami i bloggerami to jest tak, że ludzie zakładają blogi. Niektórym na tym etapie kariera literacka się kończy. Inni piszą codziennie. Prowadzą dzienniki, pamiętniki czy jak tam sobie to można nazywać. Ludzie tacy, uzbrojeni w głowę pełną pomysłów, z dużą dozą odwagi, nastawieniem na krytykę jak i na uwielbienie wytrwale spisują swe myśli. Są też tacy bloggerzy jak ja, który pisać lubią, ale muszą mieć ku temu szczególny powód. Coś musi tchnąć, jakaś iskra musi zapalić lont, który powoli doprowadzi do wybuchu.
No i właśnie taki wybuch nastąpił. Dokładnie to wczoraj. O 1.25 w nocy.
Po spędzeniu cudownego, romantycznego, namiętnego wieczoru z menszczyznom mym, nastała pora na sen. Sen jednak nie nastąpił. Na pewno powodem nie był niedostatek czułości małżeńskich. Wrócił współlokator. Wszystko byłoby dobrze, gdyby menda nie przyprowadziła ze sobą kobiet (tak się wydawało póki nie nastał świt). Zaczęło się od herbatki po pijaku o tej 1.25 a skończyło na łóżku. Dwie na jednego. Na szczęście po salwach śmiechu, wywołanych historiami tysiąca i jednej nocy, którymi to Uulung (współlokator) raczył swe towarzyszki do 3 rano... jak mówiłam, na szczęście: poszli spać grzecznie.
Trochę wyrozumiałości ze strony rudego: Uulung wczoraj bronił pracę licencjacką i miał prawo pójść i imprezować. Koniec wyrozumiałości. W środku tygodnia nie przynosi się do domu imprezy w postaci dwóch, rozpiszczanych, rozkrzyczanych, rozdartych emocjonalnie i fizycznie pasztetów. Szczególnie, gdy nie mieszka się samemu. I szczególnie, gdy nieszczęśnik chcący spać musi wstać o 7 rano i pracować osiem godzin.
Na poprawę humoru, swojego szczególnie, zobrazuję państwu owe pasztety. Pasztety były dwa, jak już wspominałam. Jeden pasztet jest chyba uulungową dziewicą a ten drugi to podejrzewany jest o bycie przyzwoitką (bo kto normalny wtrynia się do łóżka na trzeciego, gdy ma zamiar w nim spać para?).
Pasztetem pierwszym zostaje z racji stanu dziewoja Uulunga. Długowłose dziewcze, splątane symetrycznie w dwa ciemne warkocze (a la Czerwony Kapturek). Symetria owych warkoczy ma chyba wynagrodzić nie-symetrię ciała. Łącznie z twarzą. Bardzo widoczną niesymetrię. Jak spojrzałam na to dziewcze po raz pierwszy, wyobraziłam sobie małego mrówkojada w peruce z warkoczami. Było wtedy ciemno. rano niestety moje obawy potwierdziły się. Ładnie wyłupiaste oczy, prawie jak Marty Feldman, do tego nos taki, że można by nim świece w kościołach gasić. Tylko dziewoja niska, więc drabinkę w zestawie powinna nosić. Jak się popatrzy od tyłu... kort tenisowy z podjazdem. Uulung lubi podobno grać w tenisa więc to rozsądnie tłumaczy jego wybór. No tak czy inaczej - ładniejsze dziewczyny to się nawet poznaje na portalach randkowych. Mądrzejsze zapewne też.
Pasztet drugi to urocza, cudowna blondynka z pulchną różową buzią i pulchną pupą, zapewne też różową. Cała jakaś taka różowa była, jakby wpadła w kisiel malinowy i zapomniała się później umyć. Jednak strój już nie był tak różowy. Mimo wszystko, jedyne co mi się z nią kojarzyło to moja katechetka z podstawówki. Nigdy jej nie lubiłam. Pamiętam też, jak kiedyś pani jehowa przyszła do mnie i chciała mnie nawracać. Mogę się założyć, że obie panie ubierają się w tym samym sklepie. Jehowa jednak była kobitą po sześćdziesiątce, a ten uroczy prosiaczek miał coś koło dwudziestu lat. Nigdy jednak nie zapomnę jej długich blond włosów, różowej buzi, okulara w złotej oprawce i tej kiecki do kostek w kolorze "zarzyganej trawy".
Jacusia opisywać nie będę. Musicie mi to wybaczyć. I tak już czuję mdłości w żołądku.
Na całe szczęście radosna impreza zakończyła się około trzeciej i Towarzystwo Nocnych Rozmów Kuchennych poszło spać. Można by powiedzieć, ze chwilę później wraz z małżonkiem przyszło nam wstać.
Godzina 7. Nieszczęsny budzik trzeszczy i nie zamierza przestać. Informatyk błaga o jeszcze 5 minut, ale w rudym włączyła się funka bojowa. Nie ma spania. Trzeba się odpłacić, jak to mawiają, jak Kuba Bogu - tak Bóg Kubańczykom. Więc od rana radosna orkiestra: radio gra (bynajmniej nie cicho!), garnki trzaskają, noże stukają, woda się gotuje, ożywione rozmowy małżonków, śniadanko, zmywanko i woda nieoszczędnie całym strumieniem się leje. To jeszcze fajka na balkonie (oczywistość, że zostawiliśmy otwarty, a niech im dupy marzną), to jeszcze śmiechy i chichoty, to czułe pożegnania przed pracą... i tak aż się podnieśli. Na szczęśliwych to oni nie wyglądali. Przykro mi.
Jak już upewniłam się, że cała trójka się obudziła i dalej nie zaśnie... poszłam się wykąpać. relaksująca kąpiel w wannie, mycie włosów, ząbków. Potem kremy, balsamy, nawilżacze. Starannie wykonany makijaż, wybór ubrania, biżuterii... Słowem: godzina. Bita godzina. Cudaczki się mało nie posikały chyba. Kiedy radośnie opuściłam przybytek nadziei to mało im się te krótkie nóżki nie poplątały w tym pędzie do łazienki. gdy sytuacja została opanowana, obrzucono mnie serią morderczych spojrzeń, po czym cała trójka porozmawiała kulturalnie miedzy sobą i wyszli.
Szczęście. Tylko tyle czułam w tejże chwili. teraz czuję tylko 2/3 tego szczęścia bo współlokator już wrócił. Jakoś jednak chyba się na mnie obraził...
Ależ nienawiść!! xD:D
OdpowiedzUsuńOne tylko czułości chciały :D
A my snu...
OdpowiedzUsuń