Wróciłam z Warszawy i tak sobie pomyślałam, że skoro mam już własną, wygodną klawiaturę to mogę coś tu napisać.
W Warszawie było spoko. Zawsze jest spoko. Teraz było jednak bardziej spoko.
Przyjechaliśmy z chłopem mym w sobotę jakąś poprzednią niż ostatnia, po czasochłonnym kupowaniu gajerka na wesele i po czasochłonnej podróży. W sumie byliśmy oboje wyczerpani tym dniem (pobudka w sobotę o 7 rano jest istną tragedią), zakupami (nawet ja tyle nie siedzę w jednym sklepie) i podróżą. Potem leniwa niedziela. Ach cudowna to była niedziela. Rude cały dzień biegało w pidżamce i nikt nie zwlekał na siłę z łóżka. Kiedy Informatyk pracował, ja rude wlepiało się w książkę i tak w sumie miną dzień. Poniedziałek był dla mnie swoistym przedłużeniem weekendu. Informatyk musiał natomiast iść i zarabiać pieniążki (żebym potem miała co z ciężkim sercem wydawać ;) <- taki żarcik). Od wtorku do czwartku gościliśmy odwiedzających nas (Buniek i Ola). Po południu spotkałam się z moją dawną miłością (tą relacji Lublin-Koło). Samo spotkanie przebiegło bezproblemowo i miło. Pogadaliśmy jak starzy kumple przy piwie i każde ruszyło w swoją stronę (chwilowo była to ta sama strona i dzięki temu rude poznało nową drogę do domu). Kupiłam też moje ukochane perfumy bo jak się okazało koło naszej mety był sklep Yves Rocher z moją Werbeną na stanie. Potem już tylko leżałam i pachniałam. W piątek dowiedziałam się, że... i tu zaczęła się ostra jazda.
Piątek. Wstaję około 10.00 z potwornym uczuciem zimna, bolącą głową i kaszlem. Pięknie. Przeziębienie. Położyłam się wiec do łóżka, przykryłam kołdrą i zaczęłam czytać książkę. Zasnęłam. Nagle, niespodziewanie dzwoni mi telefon. Otwieram leniwie jedno oko, drugie... "Marcyś :)", aha. Jak chłop dzwoni w piątek z pracy to albo się zajebiście nudzi, albo zostanie dłużej. Odbieram. Na moje zaspane "słucham" słyszę jakiś nieokrzesany, niezrozumiały i nielogiczny bełkot. Coś typu: to nie Marek, ale co słychać, bardziej: "Cześć, tu Twój ulubiony kolega z Warszawy. Jedziesz jutro do Krakowa?" WTF?! Patrzę jeszcze raz na telefon z nadzieją, że może mi się śniło, że to dzwoni mój własny prywatny chłop, a może nadal mi się śni, że ten telefon w ogóle dzwoni i jak debilka siedzę i słucham ciszy w eterze. Ale nie. Faktycznie połączenie jest i to nawet z własnym chłopem. Tyle, że w całej bajce brakuje chłopa. Pytam się więc podejrzliwie, tak bardzo podejrzliwie jak da się w minutę po przebudzeniu: coooo? I słyszę: "no to jedziesz jutro do Krakowa?". Poznałam po niewyraźnej mowie i defekcie literki "R", że to 'Marcysia' kolega z pracy. Po chwili wytłumaczono mi, że ta banda debili siedziała w robocie i stwierdziła, że weekend w Warszawie ma być koszmarny pogodowo, więc pojadą do Krakowa bo tam ma być słońce. No bomba. Opierałam się na początku, ale w gruncie rzeczy mnie przekonali. Po milionie zmian (tak co chwilę się dowiadywałam czegoś nowego, typu: jedziemy jutro rano pociągiem, jedziemy jutro bardzo rano pociągiem, jedziemy dziś w nocy pociągiem, jedziemy do Szwecji, jedziemy do Budapesztu, jedziemy nad morze, jedziemy...) i powrocie mężczyzny do domu dowiedziałam się szczegółów. Postanowili pozostać jednak przy Krakowie. Pojechaliśmy w sobotę koło południa. Samochodem. Ekipa była co prawda ryzykowna, ale raz się żyje. Dla sprostowania, mówiąc ryzykowna nie mam na myśli bandy debili, nieokrzesanych orangutanów lub perfidnych zboczeńców. To po prostu rozrywkowi chłopcy, nigdy nie wiadomo, co szalonego wymyślą i co człowiek w ich towarzystwie będzie w stanie wykonać. Okazało się jednak bardzo miło i kulturalnie (pomijając nielegalne picie alkoholu w miejscu publicznym). Było także rozrywkowo. Szczególnie gdy nieświadomie bawiliśmy się w klubie dla gejów. Kiedy dowiedziałam się o tym na drugi dzień, wiele zagadek się wyjaśniło, ale też wiele pytań powstało (skąd w klubie dla gejów jest tyle kobiet?! dlaczego jakiś koleś proponuje mi bym z nim opuściła lokal, wszyscy domyślamy się w jakim celu). Było też krajoznawczo, kiedy o 4 rano wracaliśmy na piechotę drogą okrężną na skróty. Niedziela była już lajtowa. Mimo niewyspania i upałów (pogoda nie zawiodła) połaziliśmy trochę tu i tam. Miałam też przygodę z butem, gdzie mój mężczyzna okazał się dzielnym kompanem mych trosk i nawet pomógł mi w rozwiązaniu, a raczej zaklejeniu owego problemu. Poznaliśmy bardzo sympatycznych ludzi, którzy pokazali nam, co Krakowiacy lubią najbardziej! Mianowicie: kolejki. Potrafią stać godzinę w kolejce po zapiekankę, nawet o 2 w nocy, albo w niekończącej się kolejce (ze 100 osób!) na łysym słońcu, w niedzielne popołudnie, przy 35 stopniowym upale, tylko po to by zjeść loda akurat z tejże lodziarni. Dla mnie to jakaś masakra totalna, ale co kto lubi. Mi by się nie chciało stać, nawet jakby za darmo mieli dawać. A Ci jeszcze płacili. Koło 21 wyruszyliśmy w drogę powrotną, do Warszawy dotarliśmy koło pierwszej w nocy i szczęśliwie zmęczeni poszliśmy spać. Po odespaniu mogę stwierdzić z ręką na sercu, że ogólnie było zajebiście, rozrywkowo i jeśli którykolwiek z moich podróżnych kompanów natknie się na ten wpis to niech wie, że jestem wdzięczna za zorganizowanie weekendu, zabranie rudego ze sobą, wspólną zabawę i miłą podróż (pomijając senne koncerty Rutka - i nie mówię tu o śpiewaniu).
Od poniedziałku znów leniwa Farszafka, wczoraj lekki bulwersik pod tytułem "płyn do demakijażu" i dziś powrót do domu.
Teraz czekam, aż nagrzeje mi się woda na prysznic i spieprzam spać.
Ahoj!
0 komentarze:
Prześlij komentarz