środa, 21 grudnia 2011

relacja z drogi

Podróż do rodziców na święta: Amsterdamie przybywam, Kiepurą. Jest 03:46. Jadę właśnie pociągiem do Amsterdamu. Podróż z przygodami. Najpierw jakiś pijany koleś zaczepiał mnie pytając „co to?” paluchem bezczelnie wytykając mojego laptopa. Usiadł sobie jednak szybko na swoim miejscu, przespał się, przetrzeźwiał i wysiadł w Poznaniu. Kolejne kilka godzin upłynęło całkiem spokojnie w towarzystwie programu pana Wojewódzkiego. W Berlinie jednak sielanka się skończyła. Władował się do pociągu niesamowicie dziwny i zarazem przerażający człowiek. Jak na złość usadowił się na sąsiednich siedzeniach (ja to zawsze mam szczęście). Cały czas gadał namiętnie sam do siebie, wymachiwał łapami i gapił się dookoła z jakimś nieopisanym szaleństwem w oczach. Myślałam, że jak tylko spojrzę w jego stronę, rzuci się na mnie jak dzikie zwierze i zacznie rozszarpywać swoimi brudnymi pazurami. Tak, wyglądem też nie grzeszył. Wiek: ok 30 lat. Przeżółkła skóra, cała w plamach, po której ciężko się było domyśleć czy jest naturalnego koloru, czy człowiek ten po prostu cierpiał na jakąś przypadłość (i tu stawiam na to drugie). Ubrany w cienkie spodnie, ciemne, dresowe, niebieską wiosenną kurtkę z ortalionu i brązowe sandałki założone na bose stopy. Na oczy co chwila zakładał opaskę do spania, dokładnie taką jaką się widuje w amerykańskich filmach. Posiadał też znacznych rozmiarów plecak w kolorze moro. Był brudny i śmierdzący. Kiedy rozłożył się na fotelu i zdjął te nieszczęsne obuwie, widać było brudne, żółte stopy z ogromną grzybicą. Widząc takiego człowieka myśli się, że to jakiś psychicznie chory bezdomny. Miał jednak przy sobie bilet i sporą ilość gotówki. Widziałam jak płacił za coś konduktorowi, ale ciężko zrozumieć za co, skoro obaj posługiwali się językiem niemieckim, o którym pojęcia nie mam. Może więc człowiek ten uciekł z jakiegoś zakładu dla obłąkanych, okradł kogoś i teraz od lata błąka się po europie, albo przynajmniej po Niemczech? Nie wiem. Wiem natomiast, że zasnął w pewnym momencie i niesamowicie chrapał, dusząc się co chwilę i krzycząc z tego powodu. Obudził się podczas godzinnego (!) postoju w Hannover i opuścił nasz wagon. Modlę się teraz tylko by już nie wrócił. Może wysiadł na dworcu, a może po prostu znalazł sobie nowe miejsce. Nie ważne, liczy się to, że nie ma go tu i podróż znów płynie spokojnie. Niebywałą zaletą podróży jest fakt, że mam dookoła siebie całkiem sporo ludzi. Co prawda większość teraz to Niemcy, których spora grupa dosiadła się w Berlinie, ale przynajmniej czuję się bezpieczniej w tej mojej pierwszej, samotnej podróży do obcego kraju. Drugą zaletą jest gniazdko koło siedzenia, które udostępnia, z niewielkimi przerwami, dopływ prądu 220V do mojego laptopa. WiFi nie ma, kontakt ze światem skończył się więc na granicy, ale mimo to mogę chociaż wylać myśli tutaj. Później zapewne wrzucę tę relację na bloga, niech każdy wie, jakie ja tu cierpienie przeżywam. Mój M. dał mi jakąś bajerancką kartę WiFi czy coś tam. Ma to w każdym razie pomóc mi w złapaniu kontaktu z Polszą. Jak się uda, to będę miała chwilę ucieczki od krojenia sałatek i odkurzania. 04.11. Jak ten czas wolno płynie. Najgorsze jest to, że nie spałam w ogóle. Najpierw mi się nie chciało, potem bałam się zasnąć, kiedy ten straszny człowiek był tuż obok, a teraz nie pozwala mi zasnąć paranoiczny strach przed tym, że wróci. Cóż… Jak wszyscy wielcy, wyśpię się po śmierci ;) Palenie. To kolejna kwestia o której zapomnieć nie jestem w stanie. Od rozpoczęcia podróży o 18.41 spaliłam 3 fajki. Masakra. Tu nigdzie nie można palić więc jedynym wyjściem jest toaleta. Jak poszłam na pierwszego papierosa, nawet otworzyłam sobie okno, żeby potem nie waliło w tym wychodku fajkami. Później męczyłam się całe wieki by je zamknąć, więc już od następnego wyjścia stwierdziłam, że pierdolę i robię komorę gazową. Nie chodzę jednak zbyt często. Ludzie tu śpią (a „automatyczne” drzwi trzeszczą tak, że mogłyby trupa na nogi postawić. No i jeszcze odkąd nie ma z nami polskich konduktorów, a niemieccy jedyne co po angielsku rozumieją to „ticket”, jakoś wolę się nie narażać. Poza tym biegają jak kot z pęcherzem, zupełnie jakby się ten Janek miał zapalić za chwilę. W takich chwilach cieszę się, że nie rozumiem co oni tam do siebie mówią i czemu Ci Niemcy tak dziwnie się przyglądają na tych konduktorów. Przynajmniej moja podróż jest przyjemna i niczym nie zakłócona (już), a jak ma się Janek spalić, to moja panika i tak nic nie pomoże. Dziwny człowiek nie wraca, mimo, że minęła już chyba z godzina od jego nagłego wyjścia. Jest szansa, że nie wróci. Boże. Minęło mnie właśnie czysto aryjskie dziecko. Chłopiec z gładką, jasną twarzą, szlachetnymi rysami i jasnymi blond włosami. Cudowny młodzieniec. Chyba zaczynam rozumieć ten zachwyt nad niemieckimi panami. Mimo, że blondynów nie lubię, to jednak Ci Niemcy coś w sobie mają ;) 04.23. Gdyby było lato już byłoby widno. Popatrzyłabym się przez okno i pooglądała piękne widoki. Teraz jednak nie mam szans. Na zewnątrz ciemno. W środku całą noc zapalone białe, jaskrawe światła, które tylko od czasu do czasu na chwilkę gasną. Ech. Lecę coś zjeść. I bolą mnie kolana.

0 komentarze:

Prześlij komentarz